strona głównastrona głównaforum dyskusyjnesklep fanów star wars
 Opinie Nomi - Fate of the Jedi: Vortex nasze bannery
 Główna
 News
 Wojny klonów
 Epizod II
 Epizod III
 Komiksy
 Figurki
 RPG
 Clone Wars
 Galeria
 Wallpapers
 Czytelnia
 Wywiady
 Humor
 Bank Wiedzy
 Spotlite
 StarCast
 Wassup?
 Polski Stuff
 Fan Films
 O stronie

 Koszulki
 Sklep Star Wars


Sklep Gwiezdne Wojny


okładka
Przed przeczytaniem tej książki, lub też niniejszej skromnej o niej opinii, proszę przypomnieć sobie czego dowiedzieliśmy się o Jedi z filmów opatrzonych dumnym logiem "Gwiezdnych wojen", wspomnieć nauki, jakie płynęły z ust Yody, Obi-Wana i Qui-Gona oraz postępowanie Luke'a w końcowych scenach "Powrotu Jedi". Już? Gotowi? Oto współczesna opowieść o Jedi, ich przygodach zawarta z książce pana Troya Denninga z portretem Hana z rodziny Solo oraz tytułem "Vortex" na okładce.

Jako szósta część zakontraktowanej na dziewięć rund i określoną liczbę stron historii książka nie ma szans przynieść zbyt wielu fabularnych przełomów, zwieńczeń, zakończeń, czy też podsumowań. Wszystkie wątki przewijające się w poprzednich powieściach należących do cyklu są kontynuowane. Mamy więc strony poświęcone konfliktowi pomiędzy Jedi a rządem i podróży Luke`a i Bena w poszukiwaniu największego - do tej pory oczywiście, wyobraźnia autorów stwarza nieograniczone możliwości - zagrożenia dla galaktyki. Mamy Zaginione Plemię Sithów i ich niepewny sojusz ze Skywalkerami, wątek sądowy oraz wątek dziennikarsko-niewolniczy. Dzieje się wiele, akcja nie zatrzymuje się ani na moment, ale tak naprawdę nie dzieje się nic. Trzeba wszak ostrożnie dawkować ważne wydarzenia, jeśli opowieść musi być rozciągnięta na dziewięć tomów i trzy tysiące stron. Całe "Fate of the Jedi" świetnie sprawdziłoby się w trzech tomach, ale przecież trzeba dać ludziom zarobić.

Skoro pośród nieustającej akcji nie dzieje się nic, to o czym opowiadać? O Jedi. A dokładniej o Jedi w wykonaniu Troya Denninga. W jego świecie każda wkraczająca na scenę postać odziana w szaty Zakonu jest przepełniona arogancją w stopniu niewysłowionym i nieopisanym. Każda oprócz jednej, która z góry przeznaczona była na straty... I mówię o arogancji, bucie, nonszalancji, nieprawdziwej, spokojnej pewności siebie wynikającej z wiedzy, doświadczenia i wewnętrznej równowagi. O arogancji każącej Jedi oceniać arbitralnie sytuację, gdy nie mają najmniejszego pojęcia o prawdziwych przyczynach wydarzeń i wyjątkowo ograniczony dostęp do informacji. O nie! Są Jedi, więc wiedzą lepiej. Nie dlatego, że przeżyli i doświadczyli więcej, przemyśleli i przeczytali więcej, tylko dlatego, że są Jedi. Z definicji są naj... Żadnemu z nich nie przyjdzie do głowy, że wielka siła, możliwości i Moc przynoszą ze sobą równie wielką odpowiedzialność. Nie, to byłoby za trudne.

Bycie ponad wszystkim i wszystkimi oczywiście nie chroni Jedi od błędów i zachowań prowadzących do eskalacji napiętej i beznadziejnej sytuacji pomiędzy Zakonem a rządem. Błędów nie popełnia tylko ten, co nic nie robi. Winne są w równym stopniu obie strony. Ale błędów można uniknąć. Dyskutując, szukając najlepszych rozwiązań, słuchając rad, dopuszczając do głosu i rozważając wszystkie dostępne opinie i poglądy. Działając rozważnie i ostrożnie, z cierpliwością i dbałością o dobro innych. Ale właśnie tego Jedi Denninga nie robią. Dla nich jedynym możliwym wyjściem z sytuacji jest użycie rozwiązań siłowych. Autor, opisując stany emocjonalne swoich bohaterów, Mistrzów Jedi, używa najczęściej słów: gniew, wściekłość, frustracja, niepokój, przerażenie. Jego Jedi reagują na poziomie stereotypowego nastolatka, któremu czegoś zabroniono. Odpowiadają agresją i zatrzaskują drzwi do swojego pokoju, włączają głośną muzykę i są głusi na próby negocjacji.

Jedyny głos wołający o rozsądek i zachowanie kruchego pokoju jest przedstawiony jako niepewny, żałosny, nie radzący sobie z sytuacją słabeusz. Bo przecież spokój, rozmowy i cierpliwość są dla frajerów! Prawdziwy Jedi napotykając przeszkodę w postaci innych opinii i poglądów łapie za miecz świetlny i sam wycina sobie drogę. Oby się działo! Niech strzelają blastery, wybuchają pociski! Niech nierozważne i nieprzemyślane czyny prowadzą do wojny, eskalacji konfliktów, niech padają kolejne ofiary! Nieważna jest racja i prawo. Nieważne jest otoczenie. Bo Jedi musi wygrać niezależnie od kosztów oraz długości i szerokości szlaku zniszczeń i ilości pokonanych wrogów lub też przypadkowych przechodniów. Kto by tam się przejmował, przecież to oni zaczęli. Jest Jedi, więc ma rację. A jeśli nawet nie ma racji, to patrz punkt pierwszy.

Najjaśniejszą gwiazdą książki jest stworzona przez Troya Denninga Saba Sebatyne. Każdy autor parający się "Gwiezdnymi wojnami" ma swoje gwiazdy i jego obowiązkiem, jako menagera, jest ich promowanie. Ale Saba... Nigdy za tą postacią nie przepadałam. Ale to, co wyprawiała w "Vortexie" przekształciło niechęć w uczucie godne Wysokiego Lorda Sithów lub też nowoczesnego Jedi. Saba jest najbardziej agresywna spośród grupki Mistrzów zarządzających Zakonem Jedi podczas nieobecności Luke'a. Oczywiście automatycznie czyni ją to liderem, przywódcą, guru, z którego ust spijają słowa pozostali. Świetny z niej Jedi, emocje uniemożliwiają jej myślenie, a najlepszym rozwiązaniem problemów jest przemoc i walka. Dodam jeszcze, że po przeczytaniu opisu tego, czym zajmują się jej bracia i siostry w gatunku, również Jedi, w ukrytych zakamarkach świątyni włos się na głowie zjeżył. Świątynia Jedi jako barabelski teren łowiecki i gniazdo rozrodcze. To jeszcze na serio, czy już parodia? Na okładce nie było podtytułu "W oparach absurdu" więc chyba...

okładka
Do długiej listy żalów dołożę jeszcze kilka. Oczywiście mądrzejsi i sprytniejsi od najmądrzejszych i najsprytniejszych Jedi są - głośne fanfary - Han i Leia! Już samo wymienianie ich imion obok siebie przyprawiało mnie o dreszcz wściekłości. Pośród mistrzów Jedi Han jest najlepszym dyplomatą. Leia zaś przejrzy na wylot każdą intrygę polityczną. Oczywiście oboje są najlepszymi możliwymi kandydatami do przeprowadzenia tajnej operacji, bo przecież nikt ich nie pozna, mają tak nijakie i nigdzie nieznane twarze i sylwetki. Ostatecznie zawsze można przebrać się za prostego sprzedawcę cebuli... Scenę przebieranek z udziałem Hana i Lei Denning zastosował już w "Piekle", więc zareagowałam na nią podobnie. Może będzie ją powtarzał w każdym ze swoich dzieł? Na szczęście w "Vortexie" nie wspomina o Killikach. Dzięki za niewielkie łaski.

A jeśli ktoś chce popełniać przestępstwa to świat "Gwiezdnych wojen" jest dla niego idealny. Z każdej zbrodni można się wyłgać, jeżeli oczywiście jest się Jedi. Wystarczy udowodnić, że tylko wykonywało się rozkazy. Na naszej planecie to nie przeszło, ale inna, w dodatku odległa, galaktyka rządzi się swoimi prawami. Nawe jeżeli ktoś żałuje spowodowania śmieci, to zaraz może usłyszeć, że to nie jego wina, to wina tego, który zginął, okoliczności, rządu, złych ludzi, dyżurnych Sithów lub innych okoliczności przyrody. Odpowiedzialność za własne czyny w świecie rycerzy Jedi po prostu nie istnieje. Więc bądźmy pewni, że morderstwo, zdrada stanu, porwanie, terroryzm, niszczenie mienia publicznego i narażenie całej populacji planety ujdzie bohaterom na sucho. Do tego jeszcze, według Denninga, ma to być zabawne. Dziękuję, nie dla mnie.

Na deser jeszcze drobiazg. Otóż w pewnym momencie Troy Denning stwierdza, że wiedza to zło i źródło niebezpieczeństwa. Wiedza uniemożliwia powrót do jasnej Strony Mocy. Brawo. Wiedza i myślenie równa się Ciemna Strona, gdy Jasna gloryfikuje instynktowne działanie i ignorancję. Czy to mnie pomieszało się w głowie, czy też autorom opisującym odległą galaktykę? [Nie, to klasyczne "myślenie" socjaldemokraty, o ile nie faszysty - przypis droida.]

Czy w książce znalazłam coś pozytywnego? Ogrom arogancji, pompatyczności, bezmyślności i głupoty wyprodukowanej przez autora wprowadził mnie w stan, w którym bardzo trudno zauważyć dobre rzeczy. Ciemna Strona i emocje zakłóciły mój osąd. Relacje Luke'a i Bena, ich rozmowy i sprzeczki z sojusznikami z zaginionego plemienia? W poprzedniej książce cyklu były pełne lekkości, humoru, Jedi i Sithowie prowadzili swoisty flirt. Dening zmienił to w pełne pompy i dumy wypowiedzi. Wspólna odyseja ojca i syna? Można przy okazji obejrzeć paradę byłych dziewcząt, przyjaciółek i kochanek Luke'a. Bronią się jeszcze adwokaci i dziennikarze. I oczywiście mandaloriański dowódca, z zasady zły i okrutny, to mój bohater.

Troy Denning dokonał rzeczy, o której myślałam, że jeszcze długo nie nastąpi. Obrzydził mi ukochany świat odległej galaktyki. Czytając książkę marzyłam, by bohaterom choć raz coś się nie udało, by zostali ukarani, by ktoś utarł im nosa. Nie chcę aroganckich bohaterów, którzy postępując bezmyślnie i głupio, a i tak wygrywają. Jak inteligentni są w tym układzie ich przeciwnicy? Nie chcę gloryfikowania rozwiązań siłowych, zdrady i przemocy, nie chcę wyśmiewania negocjacji, rozmów, rozsądku i dążenia do zgody. Mam dość. To, że Denning pozostaje jednym ze stałych pisarzy związanych z przemysłem "Gwiezdnych wojen" pozostaje dla mnie wielką tajemnicą. Dlaczego to nie on przeniósł się do jakiegoś innego wszechświata, który nic a nic mnie nie obchodzi, by go psuć do woli? Ile jeszcze psucia zniosę, by stwierdzić, że ja i "Gwiezdne wojny" to już zupełnie inna, bardzo, bardzo odległa galaktyka?

"Bo jedna myśl im chodzi po głowie, którą tak streszczę: Co by tu jeszcze spieprzyć, Panowie? Co by tu jeszcze?"

Nomi
31.12.2010 r.

Artykuły: 1, 2, 3. Star Wars: Fate of the Jedi: Vortex - Troy Denning - Del Rey Books - listopad 2010 r.

- twarda okładka z obwolutą,
- 400 stron,
- ISBN 034550920X,
- cena 27 USD,
- zawiera fragment powieści Aarona Allstona "Fate of the Jedi: Conviction".


Figurki Star Wars


This site is in no way sponsored or endorsed by: George Lucas, Lucasfilm Ltd., LucasArts Entertainment Co., or any affiliates.
Star Wars and all its characters are (C) and TM by Lucasfilm Ltd.
Website content (C) ICO Squad, 2001-2016