strona głównastrona głównaforum dyskusyjnesklep fanów star wars
 Opinie Nomi - Clone Wars Gambit: Siege nasze bannery
 Główna
 News
 Wojny klonów
 Epizod II
 Epizod III
 Komiksy
 Figurki
 RPG
 Clone Wars
 Galeria
 Wallpapers
 Czytelnia
 Wywiady
 Humor
 Bank Wiedzy
 Spotlite
 StarCast
 Wassup?
 Polski Stuff
 Fan Films
 O stronie

 Koszulki
 Sklep Star Wars


Sklep Gwiezdne Wojny


okładka
Seria powieści "The Clone Wars", związanych z animowanym serialem telewizyjnym, miała składać się z pięciu książek, pisanych na zmianę przez dwie autorki. Niestety, jedna z nich, Karen Traviss, obarczona nadmiarem pracy, zrezygnowała z udziału w tym projekcie, a zrealizowanie piątego, ostatniego z cyklu woluminu, przypadło drugiej z pisarek, Karen Miller. W efekcie dostaliśmy jedną przygodę, jedną opowieść rozciągniętą na dwa tomy, co, najdelikatniej rzecz ujmując, nie było dobrym pomysłem. "Clone Wars Gambit: Siege" nie tylko powtarza wszelkie niedoskonałości, błędy i wypaczenia poprzedniego tomu zatytułowanego "Clone Wars Gambit: Stealth", tom drugi je wyolbrzymia, zwielokrotnia, czyni nieznośnymi i niemożliwymi do przełknięcia. Szczerze mówiąc, dobrnęłam do końca tylko i wyłącznie ze względu na wrodzony upór i swoisty obowiązek fana... Fan(atyk)a?

"Long stretches of boredom punctuated by moments of sheer terror."

Powyższy cytat opisuje co prawda żołnierską, a nie czytelniczą robotę, ale świetnie nadałby się jako najkrótsze z możliwych podsumowanie lektury. Fabuły, przygód, historii do opowiedzenia jest po prostu zdecydowanie za mało, jak na 777 stron składających się na dwa tomy pracowicie przez autorkę wyprodukowane. Intryga związana z tworzeniem broni biologicznej, prowadzonym śledztwem i podejmowanymi akcjami militarnymi, świetnie sprawdziłaby się w jednym tomie. Wystarczyłoby, powiedzmy, trzysta-czterysta stron. A co znalazło się na pozostałych zadrukowanych kartach? Rozmowy, rozmyślania, dywagacje, rozterki, wątpliwości, gadanie, bieganie w kółko, gadanie, kręcenie się w miejscu, gadanie... To, co zachwyciło mnie w pierwszej książce Karen Miller, "Dzikiej przestrzeni", teraz, podane w zdecydowanym nadmiarze nuży, nudzi i irytuje. Jeszcze podczas lektury tomu pierwszego z pewną dozą przyjemności nurzałam się w otchłaniach psychiki bohaterów, jednak tom drugi był już prawie nie do zniesienia. Za dużo, zdecydowanie za dużo, było powtarzania wciąż tych samych myśli, rozważań prowadzących donikąd, słów znikających w próżni. Ileż to ludzkość stworzyła złotych myśli o szkodliwości nadmiaru. Pani Miller ich nie zna?

"Oh, Anakin..."

Na marginesach książki powinnam była stawiać kreski za każdym razem, gdy pada słówko "och". Czy naliczyłabym ich kilkadziesiąt, czy też to tylko wrażenie wynikające z irytacji nieustannymi "ochami"? Och Anakin, och Padme, och... "Och" najczęściej padało z ust i w myślach Kenobiego z okazji rozczarowania zachowaniem i decyzjami byłego ucznia. Och Obi-Wanie, czyżbyś tak kiepsko znał człowieka, którego uczyłeś, żeby nieustannie dziwić się jego postępowaniem? Czy też zdumiewać reakcjami człowieka z niewolniczą przeszłością? Kolejna porcja "ochów" elokwentnie opisuje uczucia. Och, dlaczego cię tu nie ma... Och, jakże za tobą tęsknię... Och, jak mogłaś zaangażować się tak bardzo... Och, to niewłaściwy obiekt uczuć... Czy nie można inaczej przedstawić emocji niż nieustannie powtarzając tę, momentami wymuszającą nieuzasadniony nerwowy chichot, frazę? Och, Karen...

"It's my fault."

Karen Miller tworzy opowieści skupione na bohaterach, nie na wydarzeniach. Postaci reagują na zaistniałe sytuacje, dokonują właściwych lub też nie wyborów, zmagają się z ich konsekwencjami. I jest świetnie. A każdy się o coś obwinia. Moja wina, moja wina, moja bardzo... Trwa wojna, decyzje są trudne, giną ludzie, wybory są niełatwe, a każdy niesie bagaż odpowiedzialności. Tylko dlaczego ten ocean emocji, niemożności dokonania wyboru bez skrzywdzenia innych, jest przedstawiony w tak niezmiernie nieprzekonujący i śmiertelnie nudny sposób? Całkowicie zanika tragizm i groza punktu bez wyjścia. A zostaje... Nieustanne obwinianie się bohaterów o doprowadzenie do zaistniałej sytuacji wkracza w rejony parodii i absurdu. Jeszcze chwila, a Jedi zaczęliby się kłócić, który z nich jest bardziej winny, ponosi większą odpowiedzialność. To moja wina! Nieprawda, bo moja! Jestem starszy! Kolejny nadmiar, który całkowicie psuje wymowę jakże poważnego i nośnego tematu decyzji i odpowiedzialności.

okładka
"...not everyone can be saved."

Jeśli już ktoś przebędzie otchłanie nudy może odnaleźć w książce nietypową dla powieści ze znakiem "Gwiezdnych wojen" atmosferę. Strata, przemijanie i pogodzenie się z koniecznością. Stracone szanse, popełnione błędy i ich straszliwe konsekwencje, ogromne koszta zwycięstwa. Samotność, pustka, tęsknota. Pustynia, susza i głód. Klimaty cudownie depresyjne. Czterysta stron mniej i byłoby tak pięknie...

"...you know what it's like to be alone and afraid."

Nawet Jedi znają ból, wyczerpanie, zwątpienie. Cóż za cudowna odmiana po serwowanych przez tak wielu autorów przygodach niezniszczalnych rycerzy, gdyby, co jest w tej książce regułą, nie byłoby tego typu opisów po prostu za dużo. Zmęczenie jest wszechobecne. Bohaterowie docierają do granic swoich fizycznych możliwości. Czytelnicy docierają do granic wytrzymałości i powstrzymują się przed ciśnięciem książką o najbliższą ścianę. Mocno. Bo ile razy można z pełną powagą przyjąć zdanie kierowane do Obi-Wana, wypowiadane przez niemalże każdą występującą w książce postać, traktujące o tym, iż wygląda na wyczerpanego, jest zmęczony i powinien się położyć? I Obi-Wana zachowującego się jak przedszkolak, który spać za żadne skarby galaktyki nie chce? A jeśli już plotkujemy o mistrzu Anakina... Która to już kobieta w jego życiu? Stoicki, zrównoważony, idealny Obi... Kto by pomyślał? Kolejna przesada autorki? Och, Obi-Wan...

"Epilogue."

Rozczarowanie. Nie przypominam sobie książki, która do tego stopnia by mnie znudziła. Doczytanie do końca było prawdziwą walką. Dlaczego autorzy nie potrafią w równych proporcjach wymieszać walki i refleksji, akcji i rozmyślań, porządnej strzelaniny i konfliktu charakterów? Czy to aż taki trudny przepis na opowieść wartą uwagi? Nadmiar akcji szkodzi. Narzekałam na to wiele razy. Nadmiar gadania, rozmyślań i psychologicznej babraniny służącej tylko i wyłącznie nabiciu zakontraktowanej ilości stron szkodzi w równie wielkim stopniu. Szkodzi rozciąganie w nieskończoność jednej przygody w imię konieczności wykonania planu wydawniczego. Skoro Traviss wypadła z grafiku, należało ostatnią z cyklu o Wojnach Klonów powieść po prostu skasować. I stracić pieniądze? Żałuję straconego nad tą książką czasu. Po raz pierwszy żałuję wydanych na powieści ze świata "Gwiezdnych wojen" pieniędzy. Dla kilku miłych momentów zatopionych w bezmiarze nudy nie warto. Nie warto. Po trzykroć nie warto.

Nomi
28.09.2010 r.

Artykuły: 1, 2. Star Wars: Clone Wars Gambit: Siege - Karen Miller - Del Rey Books - lipiec 2010 r.

- miękka okładka,
- 416 stron,
- ISBN 0345509005,
- cena 16 USD,
- zawiera fragment powieści "Fatal Alliance" Seana Williamsa.


Figurki Star Wars


This site is in no way sponsored or endorsed by: George Lucas, Lucasfilm Ltd., LucasArts Entertainment Co., or any affiliates.
Star Wars and all its characters are (C) and TM by Lucasfilm Ltd.
Website content (C) ICO Squad, 2001-2016