strona głównastrona głównaforum dyskusyjnesklep fanów star wars
 Opinie Nomi - Outcast nasze bannery
 Główna
 News
 Wojny klonów
 Epizod II
 Epizod III
 Komiksy
 Figurki
 RPG
 Clone Wars
 Galeria
 Wallpapers
 Czytelnia
 Wywiady
 Humor
 Bank Wiedzy
 Spotlite
 StarCast
 Wassup?
 Polski Stuff
 Fan Films
 O stronie

 Koszulki
 Sklep Star Wars


Sklep Gwiezdne Wojny


okładka
Szumne zapowiedzi nowego cyklu książek, opowiadających o dziejach naszej ulubionej odległej galaktyki, przyjęłam z przerażeniem. Były zniechęcające. Były wtórne. Znów straszliwe zagrożenie. Znów znany świat na krawędzi zagłady. Znów Luke Skywalker jedyną nadzieją naszych. To znaczy tych... dobrych. Znów z góry wiadomo, którzy są tymi dobrymi. Powiedziałam sobie nie, dosyć. Nigdy więcej. Koniec... Moje deklaracje okazały się jednakże niewiele warte. Przezwyciężyła mentalność fana seriali, nieodparta chęć przekonania się, co będzie dalej. A także chęć doświadczenia na własnej skórze, czy z książkami ze znakiem "Gwiezdnych wojen" jest naprawdę tak źle, jak wynikało z notek na ich tylnych okładkach i ze streszczeń na stronach księgarń. Więc wzięłam do ręki "Outcast" autorstwa Aarona Allstona. Przed rozpoczęciem czytania przyrzekłam sobie zapomnieć o uprzedzeniach, założeniach, recenzjach i niewłaściwym podejściu. I przeczytać jak książkę, która jest nowa, świeża, o której nic nie wiem. Wszak w "Gwiezdnych wojnach" mówiono: zapomnij o tym, czego nauczyłaś się wcześniej. Zachowaj otwarty umysł... Dobra, zaczynamy.

"The fate of the galaxy is (...) in the hands of Imperials."

Nowy cykl opowieści o odległej galaktyce rozpoczyna się w momencie dość interesującego układu sił. Otóż przywódcy, politycy, osoby o największym wpływie i najsilniejszym głosie, wywodzą się z szeregów złego, okrutnego, znienawidzonego Imperium. Jak sobie z tym radzą dawni bohaterowie, weterani walki o wolność, którzy spędzili życie na zmaganiach ze zbrodniczym systemem? Ich czasy minęły. Niech zajmą się wychowywaniem wnuków. Niech się nareszcie ustatkują i snują kombatanckie opowieści. Nadeszły nowe czasy, w których imperialni admirałowie o wątpliwej reputacji stają na czele państwa. I nareszcie wprowadzają pokój i porządek, czego dawni bohaterowie przez wiele lat uczynić nie potrafili. W historii niczego nie można być pewnym. Terroryści stają się bojownikami sprawiedliwości i znów terrorystami, przestępcami, przemytnikami... Nowy system musi rozprawić się z legendami przeszłości. Zaczynając od największej z nich.

"Master Luke Skywalker. (...) This is a warrant for your arrest. (...) Please do not offer resistance."

Luke Skywalker, Wielki Mistrz Jedi, bohater wszechczasów, ratujący świat częściej niż James Bond z Supermanem razem wzięci, zostaje aresztowany. Niesamowite! Aresztowany, zakuty w kajdanki jak pospolity złodziejaszek. Co za czasy nastały... Cóż za radość patrzeć na taką scenkę! A o co można oskarżyć takiego herosa? Do wielkiego człowieka należy dopasować odpowiednie zarzuty. Wielkie. Zdrada państwa! Dezercja z pola bitwy! Niedopełnienie obowiązków! Współudział w zbrodni poprzez zaniedbanie... Tak naprawdę zarzuty dotyczą wszystkich Jedi, a Luke, jako ich przywódca, jest idealnym przykładem, modelem do przedstawienia sprawy ludowi. Jedi bowiem są dobrzy i sprawiedliwi tylko we własnych oczach. Społeczeństwo spogląda na Zakon przez pryzmat ogólnogalaktycznych wojen wywoływanych przez jego członków, prowadzących do destrukcji światów i milionów ofiar. A że winny takim zajściom osobnik najczęściej przestawał określać samego siebie jako Jedi to już kwestia drugorzędna. Czym jeszcze dzielni rycerze zawinili społeczeństwu...? Stawiają siebie ponad prawem! Podejmują arbitralne decyzje, z góry wiedząc, co jest dla kogo najlepsze. Działają bez porozumienia z rządem, uznając tylko własną jurysdykcję. Nigdy nie ponoszą odpowiedzialności za swoje czyny. I tłumaczą swoje działania wykonywaniem woli Mocy. Bez tej Mocy, której działania większość obywateli Galaktyki nigdy w życiu nie doświadczy, można sposób działania Zakonu Jedi porównać do sekty lub organizacji przestępczej. Bardzo niebezpiecznej. Społeczeństwo, rozparte przed swoimi odbiornikami holonetu, obserwuje przedstawicieli niby szlachetnego Zakonu, gdy stają się groźni, popadają w szaleństwo, rozbiją się bezkarnie śmigaczami po mieście, wykorzystują swoje umiejętności w sposób godny mściwego przedszkolaka, drwią z tych, którzy chcą uczciwie wykonać swoją niewdzięczną pracę i zagrażają bezpośrednio ich życiu. Aresztowanie i proces Skywalkera ma pokazać społeczeństwu, że państwo czuwa, kontroluje i nie pozwoli. Że potrafi ograniczyć samowolę Zakonu, poddać rycerzy kontroli prawa. I nie boi się wystąpić przeciw legendom.

I tutaj mogłaby zacząć się krwista opowieść o procesach, sędziach, adwokatach, prokuratorach, szukaniu prawnych precedensów, dobieraniu świadków, sądowych manipulacjach, adwokatach diabła... I tutaj wątek się kończy. Po ciekawym wstępie zbyt szybka konkluzja i zakończenie. Reporterski skrót mówiący, że stało się tak i tak. A ja miałam nadzieję na pierwszą w świecie "Gwiezdnych wojen" powieść sądową w stylu Grishama. Nic z tego. A mogło być tak miło...

"Yes, if the Force guides you to do so. Did the Force guide you to do that?"

No więc Luke musi wyjechać z Coruscant. I nie wracać przez dziesięć lat. Czym ma się więc zająć podczas wygnania? Może udać się w długą podróż? Poznać nowych ludzi, zobaczyć nowe miejsca, nauczyć się nowych rzeczy? Wszak podróże kształcą. Wielki Mistrz oczywiście ma w swojej podróży cel. Pragnie odtworzyć trasę Jacena Solo, który po zakończeniu wojny z Yuuzhan Vongami przemierzał galaktykę poznając filozofię różnych badających i wykorzystujących Moc istot. Może, gdy Luke pozna to, co poznał Jacen, nauczy się tego, czego on się nauczył i zdoła przeniknąć sposób myślenia siostrzeńca. I dowiedzieć się, czy miał szansę zmienić jego los. Albo...

okładka
Pierwszym przystankiem jest planeta Dorin, rodzinny świat mistrza Jedi Plo Koona, żyjącego w okresie Wojen Klonów. Jest to świat otoczony fenomenami astronomicznymi, surowy i ponury. Warunki planety zmusiły żyjące na niej istoty do opanowania i pokonania okrutnej natury. Niektórzy z nich zaprzęgli do tego potęgę Mocy. Stworzony przez nich zakon Mędrców Baran Do nie jest zgromadzeniem wojowników. Ich siłą jest umiejętność wykorzystywania i kontrolowania sił natury. Pierwszy kontakt Luke'a z Mędrcami przypomina spotkanie przedstawicieli dwóch rywalizujących ze sobą szkół walki. A potem przed Lukiem mnóstwo sekretów i tajemnic, które oczywiście bardzo szybko rozwiązuje. Bo przecież wielkim Jedi jest! A może zagadkę potrafi rozwikłać tylko ktoś z zewnątrz, ktoś dysponujący świeżym spojrzeniem? Nieskażony miejscowymi uwarunkowaniami? Niech i tak będzie.

Odkrywanie nowych planet i nieznanych kultur to podstawowy temat literatury science fiction, który trafił również do "Gwiezdnych wojen". Opowieść o planecie Dorin przyjęłam bez sprzeciwów, nawet ze sporą dozą zadowolenia. A że poszło tak łatwo...? W końcu to Luke Skywalker! Którego sądowy proces niczego nie nauczył i który nieustannie tłumaczy swoje działania wolą Mocy. Niezły sposób na zrzucenie odpowiedzialności, myśleć samodzielnie nie trzeba. To nie ja narozrabiałam, to Moc tak chciała. Fajnie...

"...we stupidly try to fix other stupid people stupid problems."

Do rozpracowania zostali jeszcze Leia i Han. Bez nich przecież ani rusz. Wielbiciele byliby zawiedzeni... Autor wysyła więc tę przewspaniała parę... No gdzieżby tu ich upchnąć...? Po głębokim zastanowieniu... Niech będzie... Kessel! Miejsce znane jeszcze ze starej trylogii, opisane już w książkach, nie trzeba nic wymyślać. A skoro stare, dobre miejsce, to można przywołać z odmętów przeszłości kilku starych, dobrych, znanych i lubianych bohaterów. Fani na pewno się ucieszą widząc w druku ich nazwiska, będą szczęśliwi dowiadując się, że ten i ów żyje, i ma się dobrze. Są już miejsce akcji i osoby dramatu, czekają tylko na instrukcje. Wezwanie Lei wraz z Hanem do roboty mniej ważnej i mniej znaczącej niż ocalenie świata przed zagładą byłoby niedopuszczalne. O nie, Leia i Han nie mają w kontrakcie udziału w niewiele znaczących, drobnych, codziennych problemach. Albo ratują świat, albo nie ruszają się z domu. Więc autor każe im ocalić planetę Kessel, nękaną tajemniczymi trzęsieniami gruntu. Oczywiście sprawę wcześniej zbadali naukowcy, ale gdzie tym naukowcom do Lei i Hana, którzy mają najlepsze kompetencje do rozwikłania starożytnych zagadek i odkrycia rzeczy, na które nikt wcześniej nie trafił, choć planeta była eksploatowana od wielu lat. Oto przybywają Han i Leia, i w kilka godzin zawstydzają cały galaktyczny światek archeologów, sejsmologów, geologów, ksenobiologów, ewolucjonistów i innych wykształciuchów. Na co komu oni, skoro istnieją Leia i Han, którzy potrafią zajrzeć za trzeci kamyk na lewo pięć metrów stąd i odkrywać, odkrywać, odkrywać...

Zaraz, zaraz, czy Han nie był w innym wcieleniu archeologiem? Przygoda oczywiście nie jest wolna od niebezpieczeństw, ale czy ktoś choć przez ułamek sekundy szczerze przejmie się losem Lei i Hana? Czy ktoś zadrży widząc, że sięga po nich coś groźnie błyszczącego lub coś obrzydliwie włochatego? Chyba tylko ten, kto czyta pierwszą w swoim życiu książkę z symbolem "Gwiezdnych wojen" na okładce. Znawcy konwencji ziewną, podrapią się po głowie i brną dalej. Z wysiłkiem.

Wątek Lei i Hana jest nudny, przewidywalny, wciśnięty tylko po to, by książka miała zamówioną przez redaktorów objętość i paletę bohaterów na przyszłość. Może w osobnej powieści, rozwinięty i dopracowany, dziesięć lat temu...? Teraz to już tylko odgrzewane tematy, powtarzane zagrania. Emocji brak. Ale mimo niechęci do tego wątku muszę pochwalić pana Allstona. Bo mogło być gorzej. Bo mógł w tym pokusić się o opowiadanie o przygodach ośmioletniej dziewczynki na Kessel. Zagubionej w jaskiniach. Ściganej przez coś groźnie błyszczącego lub coś obrzydliwie włochatego. Szczęśliwie dziecko towarzyszące Lei i Hanowi zostało przesłane do niezbędnego tła i za to panu Allstonowi niewymiernie dziękuję.

Jak to się mówi... Góra urodziła mysz. Z wielkiej chmury mały deszcz. Z wielkich zapowiedzi nijaka książka ze wszystkimi wątkami potraktowanymi płytko, pobieżnie, po wierzchu. Pojawiające się przebłyski czegoś nowego i ciekawego są szybko ucinane i zagłuszane. Po co wchodzić na nowe terytoria? Łatwiej opisać ścigające się pojazdy i strzelaniny, bo to zawsze chwyci. Każdego... Powieść jest straszliwie nijaka. Ani zimna, ani gorąca. Jej czytanie nie wywołuje ani odrobiny emocji, chyba że emocją jest pragnienie, by Leia z Hanem jak najszybciej zeszli z planu. To książka jak barowe danie, które przyprawia się tak, by przypadło do gustu absolutnie wszystkim. Smacznego.

Nomi
15.08.2009 r.

Artykuły: 1, 2. Star Wars: Fate of the Jedi: Outcast - Aaron Allston - Del Rey Books -marzec 2009 r.

- twarda okładka z obwolutą,
- 336 stron,
- ISBN 0345509064,
- cena 27$.


Figurki Star Wars


This site is in no way sponsored or endorsed by: George Lucas, Lucasfilm Ltd., LucasArts Entertainment Co., or any affiliates.
Star Wars and all its characters are (C) and TM by Lucasfilm Ltd.
Website content (C) ICO Squad, 2001-2016