strona głównastrona głównaforum dyskusyjnesklep fanów star wars
 Opinie Nomi - Omen nasze bannery
 Główna
 News
 Wojny klonów
 Epizod II
 Epizod III
 Komiksy
 Figurki
 RPG
 Clone Wars
 Galeria
 Wallpapers
 Czytelnia
 Wywiady
 Humor
 Bank Wiedzy
 Spotlite
 StarCast
 Wassup?
 Polski Stuff
 Fan Films
 O stronie

 Koszulki
 Sklep Star Wars


Sklep Gwiezdne Wojny


okładka
Christie Golden to debiutantka w świecie "Gwiezdnych wojen". Nie jest natomiast debiutantką na rynku literackim. Opublikowała około trzydziestu książek, z czego większość to opowieści związane z najróżniejszymi fikcyjnymi uniwersami. Z tych bardziej mi znanych mogę wymienić "Star Trek Voyager" i "Warcraft". Są tu także książki ze świata "Starcraft" i niesamowicie ostatnio modne opowieści o wampirach. Tak więc wiemy, że pani Golden potrafi tworzyć historie dziejące się we wszechświatach nie przez nią stworzonych. Jak więc zaadaptowała się w nowych dla niej "Gwiezdnych wojnach"? Powiem tak, nigdy nie czytałam powieści tak mało oryginalnej, którą jednocześnie była tak bezbolesna w czytaniu. Jak to możliwe?

"Judge, jury, executioner - Jedi."

Wątek pierwszy. Trudna dola Jedi w nowej, powojennej rzeczywistości. Mamy tu do czynienia z kontynuacją tematu z poprzedniej powieści cyklu "Outcast" Aarona Allstona. Podobne problemy, podobne rozwiązania, podobny sposób przedstawiania zdarzeń. Pani Golden nie opowiada niczego nowego, ale w jej wykonaniu opowieść w niejasny sposób nabiera nieco życia i nie nuży czytelnika. Oczywiście, zgodnie z obowiązującą polityką ludzi odpowiedzialnych za kierunek, w którym podąża odległa galaktyka, w przedstawionym w powieści konflikcie Jedi są tymi dobrymi i pokrzywdzonymi, tymi, którym dzieje się krzywda, tymi represjonowanymi i niesprawiedliwie osądzanymi. I najprawdopodobniej, gdy ta opowieść osiągnie swoje apogeum, tymi, do których do tej pory niechętny rząd pobiegnie szybciutko z przeprosinami i prośbami o pomoc. Mogę się założyć, że tak będzie. A na razie niech ktoś powie szczerze, czy chciałby mieć w swoim społeczeństwie osoby obdarzone ogromnymi, nadprzyrodzonymi możliwościami, pozostające bez żadnej kontroli i odpowiedzialności? Osoby, które mogą was w każdej chwili okaleczyć, bo jakaś Moc powiedziała im, że to jest słuszne i właściwe? Którzy każdy czyn, będący w mniemaniu przeciętnego obywatela co najmniej wykroczeniem, usprawiedliwiają działaniem Mocy, której żaden z obywateli nigdy na własnej skórze nie doświadczy? Którzy w chwili zaburzenia równowagi psychicznej niszczą i potrafią zabijać w stopniu nam nieznanym? Ja dziękuję, postoję. Kontrola rządu nad działaniami Jedi jest konieczna. Tylko, że represyjne środki wykorzystywane przez rząd do jej uzyskania nie są droga do celu. Rodzi się opozycja, protest, konspiracja... Ja wiedziałam, że tak będzie, ja wiedziałam...

"A free press had its advantages and disadvantages."

W świecie "Gwiezdnych wojen" również istnieje prasa, media i dziennikarze. Ich obecność autorzy powieści zauważyli bodajże dopiero przy opisywaniu fragmentu historii galaktyki w serii "Dziedzictwo Mocy". W "Fate of the Jedi" mają swoje pełne pięć minut. Kim są dziennikarze przedstawiani z punktu widzenia rycerzy Jedi? Uosobieniem wolności słowa? Niezależnymi i niestrudzonymi poszukiwaczami prawdy? Otóż nie. Są wrednymi pismakami naruszającymi prywatność. Paskudnymi paparazzi polującymi na intymne skandale. Nachalnymi pajacami, przed którymi trzeba uciekać i którym najchętniej stłukłoby się twarz. Najlepiej poinformowanymi osobami, zjawiającymi się błyskawicznie tam, gdzie coś się dzieje. Hienami oczekującymi na krew i śmierć. Osobami, które mogą być wykorzystane do konkretnych, politycznych celów. Jedi zdecydowanie powinni do swoich szkoleń włączyć elementy "public relations", kontaktów z prasą i mediami wszelakimi. Gdyż w oczach społeczeństwa inspirowanego przez media przegrywają na całej linii. Wolne media są złe, bo przedstawiają sprawiedliwy i wspaniały Zakon w złym świetle! A może gdyby Jedi nie przekraczali granic prawa, nie wymachiwali mieczami wśród przechodniów na chodnikach, nie rozbijali się po mieście, nie konspirowali przeciw władzy, nie mieli ohydnych tajemnic i nie zachowywali się jak gwiazdki rodem z "reality show", mieliby lepszy wizerunek medialny? A prawda jak zawsze leży po środku. Zaś społeczeństwo siedzi w kapciach przed odbiornikami i ocenia. A tego co widzą, nawet największy fan Zakonu nie może ocenić pozytywnie.

okładka
"I do have nine years and a few months left to fill..."

Wątek drugi, kolejna kontynuacja. Podróż Luke'a Skywalkera, który został wygnany na lat dziesięć. Za nieodpowiedzialność. Reszta Jedi wydaje się nie przejmować wyrokiem Mistrza i nadal radośnie robi swoje, gdy Luke dociera do drugiego przystanku swojej odysei. Oto Ryft Kathol, przepiękna, fascynująca i niebezpieczna mgławica, teren niezmiernie trudny do podróżowania i miejsce zamieszkania tajemniczej rasy Aing-Tii. Wzmianki o tym gatunku pojawiły się wcześniej w powieściach Timothy'ego Zahna. I oto Luke i Ben mają do czynienia z naprawdę obcymi obcymi. Inaczej postrzegającymi Moc, czas, przestrzeń, przyszłość i przeszłość. Zupełnie inaczej, niż większość istot, rozumiejącymi fizykę. Jeżeli odniosę się do mojej skromnej wiedzy w tej dziedzinie, Aing-Tii żyją w świecie fizyki kwantowej, relatywistycznej, podczas gdy ludzie są ograniczeni do fizyki klasycznej, newtonowskiej. Nie posługują się mówionym językiem. Nie utrzymują kontaktu z resztą galaktyki, jeżeli policzymy ojca i syna Skywalkerów, to mieli w swojej historii do czynienia z czterema ludźmi. I oczywiście mają bardzo poważny kłopot, który tylko goście z zewnątrz mogą rozwiązać... Schemat wydarzeń jest dokładnym odbiciem tego, co przydarzyło się podróżnikom w poprzedniej książce, ale przygody ojca i syna badających obcy świat nie nudzą. Byłam ciekawa, co będzie dalej, a to chyba wystarczy w przypadku książki rozrywkowej, która nie aspiruje do bycia czymś więcej.

"You wish to be a Sith Master, do you not?"

Wątek trzeci, nowy. Prawie przez cały czas rozwijający się z dwuletnim opóźnieniem w stosunku do reszty tekstu, doganiający pozostałe wydarzenia dopiero w ostatnim rozdziale. Co nam tu zaproponowano? Pięć tysięcy lat przed chwilą, w której Luke Skywalker ujawnił się galaktyce, Lord Sithów Naga Sadow planował atak na Republikę. Jeden ze statków należących do jego floty uległ katastrofie i rozbił się na planecie Kesh. Rozbitkowie, jak każdy rozbitek wszystkich czasów, pragną wrócić do swoich, ale powrót ten przeciągnął się nieco... I potomkowie rozbitków od tysięcy lat żyją w izolacji, odcięci od wydarzeń w Galaktyce. Podporządkowali sobie miejscową ludność, stworzyli własne obyczaje i kulturę. O dziejach rozbitków można przeczytać w publikowanych w internecie nowelach autorstwa Johna Jacksona Millera, znanego scenarzysty komiksów, natomiast pani Golden opowiada o zakończeniu tej historii, o kontakcie Zaginionego Plemienia Sithów z pozostałymi społecznościami galaktyki. A raczej o początkach tego kontaktu, ponieważ to tylko wstęp, zarysowanie wątku, wprowadzenie aktorów na scenę. Poznajemy bohaterów, świat, hierarchię, obyczaje. Ciąg dalszy nastąpi. I w tym momencie przechodzą mnie zimne dreszcze. Jaki może być ciąg dalszy, gdy mamy do czynienia z Sithami? I gdy na horyzoncie majaczy wypisane ogromnymi neonowymi literami nazwisko Skywalker?

"...there is no place for a rainbow (...) There is no grey area..."

A było tak pięknie... Przez chwilę. Miałam słabiutką nadzieję na ostateczne rozwiązanie kwestii schematyczności, jednoznaczności i powtarzalności w powieściach ze znakiem "Gwiezdnych wojen". Ale po momencie odwilży nadeszło usztywnienie stanowiska. Gwiezdnowojenni decydenci wrócili na stare tory i powiedzieli dość. Dość szarościom, tęczom, barwom, odcieniom, wszystko ma być czarne i białe, i niech nikt nie śmie pomyśleć, że może być inaczej. Więc znów mamy Sithów, którzy z góry mają być źli, choć są sympatyczni. Jedi, którzy z założenia mają być dobrzy, choć budzą moją szczerą niechęć. I Skywalkera, który po raz kolejny będzie ratował wszystkich, czy tego chcą czy nie. Obym była złym prorokiem. Obym się myliła.

Książka jest krótka, zbyt krótka, jak na dzieło wydane w twardej oprawie. Większość stron zajmują historie będące kopiami tego, co zapełniało poprzednią część cyklu. Styl pisania obfituje w skróty, autorka często krótko i po reportersku oznajmia, że coś się wydarzyło zamiast barwnie opowiedzieć i pokazać, co i jak się wydarzyło. Nie starczyło czasu na rozwijanie myśli bo termin gonił? Ale czy poza sposobem pisania, wszystkie tu i powyżej wymienione pretensje należy kierować do autorki, czy też do redaktorów, którzy dali jej taki, a nie inny materiał do opracowania? Czy winą autorki jest schematyczność zdarzeń i postaci, to że wydarzenia są nużąco przewidywalne? To, że mogę się pokusić o zakład co do sposobu zakończenia pewnych wątków? Czy to wina autorki, czy też ogólnego projektu, odgórnego założenia? W takich okolicznościach pani Christie Golden należy się pochwała, książka nie nudzi i potrafi zatrzymać czytelnika przez te dwieście parę stron. Za to kierunek w jakim zmierza całość serii... Minuta ciszy, proszę.

Nomi
15.08.2009 r.

Artykuły: 1, 2. Star Wars: Fate of the Jedi: Omen - Christie Golden - Del Rey Books, czerwiec 2009 r.

- twarda okładka z obwolutą,
- 272 strony,
- ISBN 0345509129,
- cena 27$.


Figurki Star Wars


This site is in no way sponsored or endorsed by: George Lucas, Lucasfilm Ltd., LucasArts Entertainment Co., or any affiliates.
Star Wars and all its characters are (C) and TM by Lucasfilm Ltd.
Website content (C) ICO Squad, 2001-2016