strona głównastrona głównaforum dyskusyjnesklep fanów star wars
 Opinie Nomi - The Old Republic: Fatal Alliance nasze bannery
 Główna
 News
 Wojny klonów
 Epizod II
 Epizod III
 Komiksy
 Figurki
 RPG
 Clone Wars
 Galeria
 Wallpapers
 Czytelnia
 Wywiady
 Humor
 Bank Wiedzy
 Spotlite
 StarCast
 Wassup?
 Polski Stuff
 Fan Films
 O stronie

 Koszulki
 Sklep Star Wars


Sklep Gwiezdne Wojny


okładka
Spośród wszystkich stworzonych przez ludzką wyobraźnię fikcyjnych rzeczywistości, wszechświat oznaczony słowami "Star Wars" jest niewątpliwie najbardziej rozbudowany, najrozleglejszy i najbardziej skomplikowany. Tysiące lat historii z tysiącami postaci opisane w setkach serii, podserii, cyklów książkowych, zapełniających najróżniejsze media. Są jeszcze tacy, którzy potrafią ten ogrom ogarnąć i sklasyfikować - podziw im się należy i hołd szczery! Ja poczułam się zagubiona w świecie rycerzy Jedi wraz z pojawieniem się odłamu oznaczonego "The Old Republic". Jako, że głównym medium jest w tym przypadku gra sieciowa, początkowo ignorowałam napływające informacje, których strzępy powodowały zamęt w mojej wizji i rozumieniu gwiezdnowojennego świata. Jakie Imperium? Jaki znowu Imperator? Kiedy? O co tu chodzi? Ostatecznie przysiadłam, poszukałam, przeczytałam... Skoro z projektem związane były książki wypadało wiedzieć, o czym się czyta, pomimo, że ten tworzony właśnie etap historii galaktyki nie wzbudza mojego entuzjazmu.

Na autora pierwszej książki związanej z projektem "The Old Republic" mianowano Seana Williamsa. Australijczyk napisał dotychczas około trzydziestu powieści, z których większość należy do różnych cykli powieściowych. Na polskim rynku Sean Williams jest prawie nieobecny; poza powieściami stworzonymi dla marki "Gwiezdnych wojen" wydano tylko jedną pozycję jego autorstwa. A na gwiezdnowojennym poletku zasłynął opisem gry polegającej na efektownym zabijaniu hord przeciwników i zrzucaniu z nieba okrętów wojennych. Czyżby pan Williams znów miał zaserwować nam opis gry? Ale czy gra sieciowa ma jakąś stałą fabułę?

Do "Fatal Alliance" podeszłam nieufnie. Wkraczałam na nieznany teren. Nowy okres historyczny, nowi bohaterowie... Dlaczego więc, skoro wiecznie narzekam na schematyczność i powtarzalność, nie czułam entuzjazmu odkrywcy? Może wyczuwałam stare, niezmienne wzory, wystające spod rzekomo nowych przygód i postaci? A może to po prostu zmęczenie nawałą gwiezdnowojennego materiału, który nagle zajął miejsce na półkach w sąsiedztwie księżniczek Disneya? A propos, jedyna niezwiązana z "Gwiezdnymi wojnami" książka Williamsa wydana w Polsce nosi tytuł "Zmęczenie materiału".

Powieść zabiera nas w czasy o trzy i pół tysiąca lat wyprzedzające wydarzenia oglądane w filmach. I okazuje się, że czas płynie, a galaktyka nie raczy się zmieniać. Znowu mamy dualny rozkład sił. W jednym narożniku Republika, popierana przez szlachetnych rycerzy Jedi, strażników sprawiedliwości i pokoju, którzy oczywiście zawsze stają na czele flot ruszających do boju. Przeciwny narożnik zajmuje Imperium, rządzone przez jak zawsze podstępnych i złowrogich Sithów. Obie potęgi wymieniły już wiele ciosów, zawodnicy są zmęczeni i zastygli w klinczu. W galaktyce trwa swoista zimna wojna, strony wymieniają groźne spojrzenia, powarkiwania, przytrafiają się okazjonalne utarczki. Obie struktury rządów uważają, co jest oczywiste, że są lepsze, wyjątkowe, całkowicie inne niż zły, zepsuty przeciwnik. A jak to wygląda z zewnątrz, w oczach osoby niezwiązanej z żadnym z organizmów politycznych? Otóż Republika i Imperium są nierozróżnialne. Obie strony dążą do zdobycia przewagi, mają idealnie odpowiadające sobie struktury rządów i sił zbrojnych, są w równym stopniu skłonne do poświęcania żołnierzy w niewiele znaczących starciach. I każde z państw dysponuje "odłamem mistycznym", odpowiednio Jedi i Sithami, których wzajemna nienawiść jest tym większa, im mniejsze są pomiędzy nimi różnice.

W scenografii galaktyki nie widać żadnej różnicy, pomimo upływu tysięcy lat. Jedi uparcie trwają przy jedynie słusznej kolekcji strojów. Ich ideologiczni przeciwnicy nie są lepsi (czy też gorsi) - w końcu klasyczna czerń jest zawsze modna. Miecze świetlne, zbroje, statki, blastery, droidy, okręty, w niczym nie ustępują tym oglądanym w "Nowej nadziei". Czy my, współcześnie żyjący, posługujemy się techniką podobną do tej, którą dysponowali na co dzień mieszkańcy starożytnych miast Ur i Teb, czy też budowniczowie Stonehenge? Akcja powieści mogłaby toczyć się w jakikolwiek momencie historii odległej galaktyki, nic by się nie zmieniło. Kwestia braku rozwoju technicznego w świecie "Gwiezdnych wojen" była wielokrotnie poruszana i dyskutowana, ale dopiero w powieści Williamsa stało się to tak... widoczne i rażące.

Bohaterowie książki idealnie reprezentują swoje czasy, konieczność zachowania kruchej równowagi politycznej. Weźmy jednego ucznia Jedi i jednego ucznia Sithów. Dodajmy im po mistrzu. Dorzućmy republikańskiego żołnierza i zrównoważmy go imperialnym szpiegiem. A żeby było ciekawiej, jako dodatkowych graczy wprowadźmy Mandalorianina i przemytnika. Komplet. Na początku lektury miałam problemy z odróżnieniem jednej postaci od drugiej, autor bez ostrzeżenia zmieniał punkt widzenia w narracji, a ja dopiero po kilku linijkach orientowałam się, że przeniosłam się do głowy innej osoby. Do tego w języku angielskim nie na różnicy pomiędzy "powiedział" a "powiedziała", więc momentami chaos percepcyjny był kompletny. Nie było w odmalowywanych przez Williamsa postaciach czegoś wyjątkowego, charakterystycznego, cechy, która momentalnie wyróżnia bohatera i nadaje indywidualny rys. Wszyscy wyszli raczej mdło, podobnie, jednolicie. Szkoda tych ludzi. Może w rękach innego pisarza zyskaliby więcej życia? Indywidualny język? Więcej kolorów?

okładka
Jak wskazano w tytule, powieść traktuje o sojuszu zawartym pomiędzy wrogami w obliczu dość oryginalnej trzeciej siły, która może zakłócić stan sennego impasu. Najwięksi gracze na rynku nie mogą wszak pozwolić na obecność trzeciego w tym związku, nie mogą pozwolić, aby któraś ze stron zdobyła przewagę... Utrzymywanie stanu wymuszonej równowagi sprawia, że Republika i Imperium są podatne na manipulacje, i reagują na najdrobniejszy sygnał, na cień zagrożenia. Ktoś wyjątkowo sprytny mógłby kontrolować galaktyczne potęgi podrzucając informacje i smakowite kąski, o które toczyłaby się walka i niezauważenie prowadzić własną politykę. Może komuś odpowiada zawieszenie w stosunkach mocarstw, niedopuszczanie do otwartej wojny lub jakiejś formy sojuszu?

Bo gdy trzeba, Jedi może świetnie współpracować z Sithem, republikanin z imperialnym. I okazuje się, że ta druga strona podobnie rozumuje i podejmuje odpowiednie decyzje. Dziwny sojusz wrogów i wspólna walka z niecodziennym przeciwnikiem, stawia bohaterów w sytuacjach, w których dokonują się zmiany postaw, wartości i poglądów na życie. Postaci są zagubione, niepewne, mają wątpliwości, popełniają błędy, mylą się w ocenie sytuacji. Niech żyją postaci świadome braków we własnej odwadze. Niech żyją Jedi niepewni swoich umiejętności. Niech żyją odrzuceni i samotni, poszukujący swojej drogi. Są o wiele ciekawsi, niż wszechmocni herosi niszczący zastępy nieprzyjaciół zmarszczeniem brwi. Bohaterowie przerabiają twardą lekcję. Temat: nie wszystko jest czarne i białe. Wokół i wewnątrz nas przeważa szarość i trzeba się bardzo starać, by znaleźć czystość i biel.

Wspominałam wcześniej o ogromie galaktyki "Gwiezdnych wojen". Przy całym swoim rozbudowaniu i skomplikowaniu, wszechświat ten sprawia momentami wrażenie niesamowicie ograniczonego. Oto, jeśli w knajpie występuje zespół muzyczny, tworzą go oczywiście Bithowie. Wszyscy gangsterzy to Huttowie, a role ich asystentów obsadzają Twi'lekowie. Lordowie Sith zadziwiają świat urodą godną zleżałego zombie. Organizacja przestępcza obowiązkowo nosi nazwę Czarnego Słońca. Dzika Przestrzeń pozostaje dzika kilka tysięcy lat, pomimo ogromnego zapotrzebowania na surowce. A wszyscy spotykają się w kantynie na słonecznej Tatooine. Oczywiście lubimy to, co już znamy, ale czy ktokolwiek byłby zbulwersowany Bithem gangsterem, sławnym muzykiem Huttem czy też lordem Sith o fenotypie polskiego hydraulika?

Współpracujący wrogowie, poszukujące własnej drogi postaci w zalewie szarości, ciekawe poglądy na użytkowników Mocy, politykę... Powinnam być zachwycona. Nie jestem. Czytanie tej książki było miejscami fascynujące, niestety częściej męczące. Kwestia umiejętności i stylu Seana Williamsa? Chyba nie ma szansy na remake tej powieści? Opowiadana historia ma potencjał. Postacie mają potencjał. Opisana intryga jest niesztampowa. Teatr działań przygotowany. Były szanse na jedną z lepszych historii z odległej galaktyki. To mogłaby być genialna, emocjonalna, porywająca powieść skupiona na różnorodnych charakterach biorących udział w pasjonującej przygodzie. Niestety nie wyszło najlepiej. Brakuje... czegoś. Lekkości? Płynności? No właśnie, czego? Może dobrego autora?

Nomi
20.08.2010 r.

Artykuły: 1, 2, 3. Star Wars: The Old Republic: Fatal Alliance - Sean Williams - Del Rey Books - lipiec 2010 r.

- twarda okładka z obwolutą,
- 448 stron,
- ISBN 0345511328,
- cena 27 USD,
- zawiera fragment powieści "Vortex" Troya Denninga.


Figurki Star Wars


This site is in no way sponsored or endorsed by: George Lucas, Lucasfilm Ltd., LucasArts Entertainment Co., or any affiliates.
Star Wars and all its characters are (C) and TM by Lucasfilm Ltd.
Website content (C) ICO Squad, 2001-2016