strona głównastrona głównaforum dyskusyjnesklep fanów star wars
 Opinie Nomi - Abyss nasze bannery
 Główna
 News
 Wojny klonów
 Epizod II
 Epizod III
 Komiksy
 Figurki
 RPG
 Clone Wars
 Galeria
 Wallpapers
 Czytelnia
 Wywiady
 Humor
 Bank Wiedzy
 Spotlite
 StarCast
 Wassup?
 Polski Stuff
 Fan Films
 O stronie

 Koszulki
 Sklep Star Wars


Sklep Gwiezdne Wojny


okładka
Oświadczenie:
Poniższy tekst jest wyrazem bardzo subiektywnych myśli, reakcji, uczuć, emocji i przemyśleń recenzentki, powstałych podczas czytania powieści "Abyss" autorstwa Troya Denninga, oraz jej indywidualnych poglądów na wszechświat i całą resztę. Autorka recenzji zastrzega sobie prawo do zmiany poglądów i innego spojrzenia na wspomniane dzieło, gdy emocje już opadną, jak po wielkiej bitwie kurz.

Troy Denning, jako trzeci z wykonawców projektu "Fate of the Jedi", wszedł na pole bitwy pięknie przygotowane przez autorów poprzednich części. Do dyspozycji były gotowe wątki, bohaterowie tylko czekali na instrukcje. Książki pana Allstona i pani Golden były dość statyczne, losy poszczególnych postaci i wydarzenia egzystowały obok siebie, nie splatając się zbyt ściśle, jakby w oczekiwaniu na rozwiązania i na decyzje kolejnego pisarza z tria, opowiadającego ten fragment historii galaktyki. I przyszedł pan Denning, rozruszał bohaterów, przyspieszył akcję, połączył wątki, dorzucił dodatkowych graczy, pokomplikował tu i ówdzie, tworząc najbardziej dynamiczną z trzech wydanych już powieści cyklu. Zrobił to... niestety w swoim stylu. W stylu i z manierą, która sprawia, że mam ochotę książkę Denninga poddać jak najbardziej okrutnym zabiegom i przysiąc solennie, że więcej po żadne jego produkty nie sięgnę. Oto dlaczego.

"If we really want to protect ourselves from the Sith it's the Jedi we need to watch. History has proven that."

Opisany w poprzednich tomach cyklu "Fate of the Jedi" konflikt pomiędzy Zakonem a rządem narasta. Głowa Sojuszu Galaktycznego admirał Natasi Daala wyraziła swoje poglądy co do roli Jedi w rządzeniu i w historii już w powieści "Revelation", należącej do cyklu "Dziedzictwo Mocy" i zdania zmieniać nie zamierza. Skoro istnieje grupa, której członkowie w dziejach najdalszych i najnowszych dopuścili się tylu zbrodni i wywołali tyle wojen, to należy sprawować nad nią kontrolę, oddać pod kuratelę rządu, pilnować na każdym kroku. W czasach Starej Republiki Jedi podlegali kontroli Senatu, prawda? Dlaczego teraz już nie podlegają? Do tego rycerze, jeśli zajdzie taka konieczność, mają odpowiadać za swoje działania przed sądami. Plan dobry. Wykonanie... Restrykcje zawsze napotkają opór, zwłaszcza gdy są wprowadzane tak nieudolnie, z takim brakiem subtelności, z tępym, bezmyślnym uporem, z użyciem coraz cięższych środków. Rząd nie miał czasu ani możliwości przygotować subtelnego, wyrafinowanego, bardziej dyplomatycznego podejścia? Rząd Sojuszu nie potrafił, czy też nie potrafili, nie chcieli, nie mogli tego zrobić opisujący tenże rząd autorzy? W książkach miało tym razem obyć się bez skomplikowanej polityki? Bez rozważania racji? Bez wątpliwości? A na co to komu! Od razu wiadomo kto sprawiedliwy, a kto... błądzi. Oddzielmy ich grubą kreską! Niech się biedny czytelnik nie męczy zbyt dużą dawką myślenia.

"The Jedi aren't going to survive, not if we keep trying to hold ourselves above the government - and above the beings - that we claim to serve."

Rycerze Jedi, postawieni w pozycji prześladowanych ofiar, wcale nie starają zaskarbić sobie sympatii społeczeństwa i przeciągnąć opinii publicznej na swoją stronę. Wręcz przeciwnie. Absolutnie przeciwnie. Jedi nieustannie przysparzają sobie nowych wrogów wśród obywateli, którym niby służą, głównie wśród pracowników rządu, funkcjonariuszy służb wszelakich i braci dziennikarskiej. Na przykład mądry i sprawiedliwy (z założenia) Jedi drażni i manipuluje sobie w najlepsze niemądrym i upartym (z założenia) gliną. Sytuacja taka ma być (z założenia) śmieszna i wywołać u czytelnika zachwyt nad umiejętnościami sprytnego Jedi. Nie jest. Jest irytująca i męcząca, zwłaszcza gdy czyta się o tym po raz kolejny. Niech się później Jedi nie dziwi, że ośmieszony i wkurzony funkcjonariusz życzy Zakonowi wszystkiego co najgorsze i gorąco przyklaskuje działaniom rządu. Jedi przecież i tak nie weźmie tych gróźb pod uwagę, przecież zwyczajny szary obywatel może mu co najwyżej... A może Jedi zastanowiłby się, czy używanie Mocy, w sposób godny złośliwego przedszkolaka kładącego pinezki na krześle koleżanki, jest godne przedstawiciela Zakonu? Zastanowiłby się nad sensem służby i odpowiedzialności, pomyślałby nad powodami wewnętrznych konfliktów i kłótni. Ale czasu na to nie ma, kolejni czekają na wyprowadzenie w pole i rozdrażnienie do ostateczności. Więc... Hej, Moc i miecze w dłoń, hajda na...

okładka
Zakon Jedi, przedstawiony przez Denninga, to grupa aroganckich, zadufanych w sobie stworzeń, pragnących jedynie udowodnić wszystkim, że to oni mają rację. Zawsze. I zawsze silniejszych. I zawsze mądrzejszych. Używających Mocy z byle powodu, często tylko po to, by pokazać że potrafią. Gdzież ta Moc, która dawno temu była zjawiskiem tajemniczym i mistycznym? Teraz służy za narzędzie uniwersalne, za wytrych do wszystkiego. A co! Niech się prostaczki boją i niech przechodzą na drugą stronę ulicy, gdy Jedi dumnie kroczy. Niech Jedi robi co chce, jest bowiem dobry i sprawiedliwy. Z założenia. I Jedi czuje radość, gdy myśli o porzucaniu sobie ludźmi pomiędzy setkami pojazdów mknących po niebie Coruscant. Co prawda ci ludzie strzelili do Jedi, a ten oczywiście się broni. Ale radość na myśl o czyjejś okrutnej śmierci...? Gdy jest to jak najbardziej możliwe do wykonania... Czy na pewno mówimy o Jedi? Ja nie chcę takich Jedi, irytują mnie i wywołują reakcje całkiem odmienne od zamierzonych przez autora. Poczekajcie Jedi, jeszcze wam pokażą! Jeszcze tylko parę wiosen...

"The Solos could (...) ignore the same law they insisted everyone else to obey."

Nie tylko Jedi świetnie się bawią wodząc wszystkich za nos. Leia i Han w wykonaniu Denninga są szczerymi wyznawcami moralności Kalego - jak oni nas to źle, a jak my ich to wszystko w porządku. W końcu nabrać kogoś i w butelkę nabić mogą tylko Han i Leia. Sytuacja odwrotna jest nie do pomyślenia. Tylko w przypadku kumpli Lei i Hana wykonywanie rozkazów jest wystarczającym argumentem do usprawiedliwienia morderstwa. Leia i Han wszystkim doradzą, niezależnie czy chodzi o przypadki medyczne, dylematy serca, czy też o sytuację bojową. Leia i Han są wszędzie, widzą wszystko, zauważają wszystko. Każdy, kto obejrzy się za siebie, niechybnie zobaczy Hana i Leię. Strzelanie, czy też wykonywanie innych wrogich działań w stosunku do Lei i Hana, jest oczywiście z góry bezcelowe, bo są oni lepsi niż oddział superkomandosów. A że mają tak pod siedemdziesiątkę... Nic to! Tak samo bezcelowe jest strzelanie do ich statku, jedynego i niepowtarzalnego "Sokoła", któremu wystarczy zmienić kody identyfikacyjne, żeby nikt nie mógł rozpoznać najszybszej niegdyś kupy złomu w galaktyce. Mimo, że wcześniej stwierdzono, że statków tego typu nie zostało wiele. Mimo, że jest powszechnie znany. "'Allo 'Allo!"? "To ja, Leclerc"? To komedia, parodia, czy tak na poważnie? Są pomiędzy tą całą wkurzającą bieganiną dobrze napisane, ciekawe sceny z udziałem najsłynniejszej pary galaktyki, ale giną gdzieś w oparach nudy i przewidywalności. Szkoda.

"There is no life, there's only the Force."

Jedi bawią się Mocą, Leia i Han wtykają wszędzie swoje nosy, a Luke Skywalker zwiedza cuda odległej galaktyki. Tym razem Otchłań, skupisko czarnych dziur, w którym kiedyś imperialni naukowcy konstruowali dziwaczne bronie, a Jedi ukrywali swoją młodzież w czasie wojny. Obszar trudny nawigacyjnie, słabo poznany, pełen tajemnic. Ten odcinek podróży Luke'a to wędrówka wewnętrzna, a może wędrówka w zaświaty? Wędrówka jak z koszmarnego, dusznego snu, czy też może transu wywołanego sporą dawką dietyloamidu kwasu D-lizergowego (LSD). Pełna martwych ciał zawieszonych w stanie nieważkości, wijących się macek, duszących oparów, dziwnych wizji, spotkań ze zmarłymi... Co tu jest prawdziwe? I co znaczy prawdziwe? Czy może istnieć coś realnego, gdy wędruje się poza własnym ciałem? A może tylko wtedy widać prawdziwą istotę rzeczy? Część przestrzeni, którą Luke przemierza tylko w formie duchowej, inni mają okazję obejrzeć cielesnymi oczami. Bo do Otchłani dociera nie tylko Luke. A na powierzchni ukrytego świata żyje coś pełne pierwotnego głodu i pożądania. Coś, czego ani Luke, ani Sithowie, nie potrafią nazwać, zidentyfikować. Pewne jest tylko to, że jest groźne. I ma związek z wieloma wydarzeniami w galaktyce. Galaktyka jest ogromna i istnieją w niej rzeczy tajemnicze... Na wyjaśnienie tej tajemnicy będziemy musieli poczekać. Byle tylko autorzy nie zepsuli klimatu, byle nie zepsuli.

Wspomnę jeszcze o tym, że Troy Denning co najmniej sześć razy odwołuje się do swojej trylogii "Mroczne Gniazdo", jednego z największych, według mnie, nieporozumień w "Gwiezdnych wojnach". Że jeden z bohaterów przypomina Hulka skrzyżowanego z Barfem z "Kosmicznych jaj". Że pojawiają się Mandalorianie. Głównie jako słowo wykrzykiwane przez bohaterów z niedowierzaniem, strachem, zaskoczeniem, bądź kpiną. Choć później również w formie fizycznej. Że Denning ignoruje nie pasujące mu do jego jedynie słusznej wizji wydarzenia z książek innych autorów i zmusza bohaterów do reagowania w sposób, jakby nigdy ich nie było...

Podsumowanie:
Troy Denning napisał dynamiczną powieść pełną akcji. Doprowadził do połączenia wątków, pozwolił niektórym bohaterom się spotkać, rozpoczął wyjaśnianie pewnych spraw, w sposób być może prowadzący do ich ostatecznego rozwiązania. Nakreślił kilka sytuacji, które dają nadzieję na ciekawe rozwinięcie w przyszłości. Jednocześnie jest autorem, który nie pozostawia czytelnikom żadnych wątpliwości co do motywów bohaterów, posługuje się absolutami (jak Sith), przypina etykietki i kategorie, narzuca sposób myślenia i jedynie słuszny, propagandowy obraz świata. Widzi tylko czerń i biel ignorując całą paletę barw. Ciekawe czy słyszał o pryzmacie i rozszczepieniu światła...? Jeśli mam traktować kogoś jako bohatera pozytywnego, a inną postać jako jego antagonistę, to dlaczego nie mogę tego sama się domyślić, wyczytać z tekstu, poznać po czynach? Dlaczego nie dano mi prawa do samodzielnej oceny? Dlaczego ktoś mi pisze przed nosem ogromną czcionką, że A jest dobry, a B zły? Bo książka jest dla Amerykanów? A dlaczego? A bo tak i już! Ale... Nie ma żadnych ale! Szkoda, bo ta jednostronność, wymuszanie punktu widzenia, popsuło mi całą przyjemność z lektury. Bo to tak naprawdę porządna przygodowa literatura. Nic mnie bardziej nie irytuje, niż traktowanie czytelnika jak bezmyślnego stworzenia, które nie potrafi przez chwilę pomyśleć i ocenić. I przełknie wszystko. I jeszcze za to zapłaci. Byle Leia i Han radośnie latali i strzelali, a Jedi byli wielcy i niepokonani. Ale czym ja się tu tak denerwuję...? Przecież to tylko "Gwiezdne wojny", plastikowe i sztuczne... Niech żyje konwencja!

Nomi
02.09.2009 r.

Artykuły: 1, 2, 3. Star Wars: Fate of the Jedi: Abyss - Troy Denning - Del Rey Books - sierpień 2009 r.

- twarda okładka z obwolutą,
- 352 strony,
- ISBN 0345509185,
- cena 27$.


Figurki Star Wars


This site is in no way sponsored or endorsed by: George Lucas, Lucasfilm Ltd., LucasArts Entertainment Co., or any affiliates.
Star Wars and all its characters are (C) and TM by Lucasfilm Ltd.
Website content (C) ICO Squad, 2001-2016