strona głównastrona głównaforum dyskusyjnesklep fanów star wars
 Komiksy > Recenzje > World of Fire nasze bannery
 Główna
 News
 Wojny klonów
 Epizod II
 Epizod III
 Komiksy
 Figurki
 RPG
 Clone Wars
 Galeria
 Wallpapers
 Czytelnia
 Wywiady
 Humor
 Bank Wiedzy
 Spotlite
 StarCast
 Wassup?
 Polski Stuff
 Fan Films
 O stronie

 Koszulki
 Sklep Star Wars


Sklep Gwiezdne Wojny


World of Fire
Rok po Nowej nadziei



"Human have so many emotions, Artoo. And most seem to cause them pain."

Utracono kontakt z placówką archeologiczną na odległej i niegościnnej planecie w chwili ogłoszenia niesamowitego odkrycia. Wysłana ekipa ratunkowa także nie daje znaku życia od czasu lądowania. Co się tam mogło stać...?

Jakże klasyczne zawiązanie akcji opowieści awanturniczo-przygodowej z elementami horroru. Skąd my to znamy? Z "Obcych"... A w naszym ulubionym uniwersum z "Wektora pierwszego". Tylko że tu, w ostatnim spotkaniu z klasycznymi opowieściami UK Marvela, nie wiemy, co było tego przyczyną. Bo przecież tak jest ciekawiej, czyż nie?

Sprawcą tej zagadki jest Chris Clermont (scenarzysta m.in. wielu zeszytów serii X-men - dop. Rif). I powiem otwarcie, to jedna z ciekawszych opowieści, jaką udało mi się przeczytać w ostatnim czasie z logo SW. Właśnie poprzez klasyczność scenariusza. Było wspaniale, aż do momentu, gdy przestało i nikt nie wie dlaczego. Nieprzyjazne środowisko, odizolowana grupa ludzi, czy też istot, mająca ratować, sama potrzebuje ratunku. Wrogość, która siłą rzeczy musi zostać odłożona na bok, gdyż tylko współpraca w obliczu śmierci daje jakąkolwiek nadzieję. Oczywiście nie wszyscy są za, co powoduje określone perypetie. No i ta niewiadoma... prawie do samego końca. This is it! Na tym klasycznym schemacie powstawały arcydzieła, bo... tak działa umysł ludzki.

I wszystko byłoby doskonałe, gdyby nie... rysunek Carmine'a Infantino. Jak zwykle, powiecie. Powinienem już się przyzwyczaić. Tyle, że ja nie mogę. Ci macho chłopcy z byczymi karkami w obcisłych ubrankach, albo i bez, wręcz wulgarni z tępym wzrokiem przygłupa (tak, Luke też). Te sztuczne, plastikowe piękności niczym karykatura Barbie, podobne do siebie jak dwie krople wody (tak, Leia też). A nawet elementy czysto związane z uniwersum SW nie są tym, czego należałoby się spodziewać. Szturmowców już znamy. Dziś do infantylnej menażerii dołączyły "karzełki" Tie z niewyrośniętymi skrzydełkami. I żeby tego było mało, architektura jak z pudełek kartonowych po butach. Zero finezji (choć dziś "zero" to podobno szczyt lansu, patrz wiodący środek... nie piorący ale do picia), a ozdoby niczym namalowane flamastrem na murze, znaczy tu tekturze. Jedynie zwiadowczy Y-wing mnie trochę rozbawił, a to poprzez dodanie trzeciego silnika w kadłubie. Ciekawe co zrobiono z maszynerią, która wcześniej tam była? Koniec smutków. Mam nadzieję, że już nigdy, ale to przenigdy, nie będę musiał poznawać kolejnego infantylnego dziełka pana C. In(a)fantino.

"World of Fire" to opowieść w trzech częściach, co już jest znaczące, albo jak kto woli, jedna długa opowieść w trzech aktach. I powiem wam, że się nie nudziłem mimo,... że to komiks z początku lat osiemdziesiątych, a ja przecież Marvela nie lubię. Tak, ale tego made in USA. Opowieści powstałe w Zjednoczonym Królestwie są nieco inne, ale to wystarczy. Podkreślę jeszcze raz, scenariusz trzyma opowieść, a nawet samodzielnie mógłby stać się opoką dla innej formy twórczości człowieka (powieść, film, dramat etc.). Co znaczy klasyczne podejście do sprawy. To nie przemija i powróci nie raz wychwalane pod niebiosa. Mimo, że już na początku...

"I'm breaking every rule..."

#1 World of Fire Jak to ze stacją było już wiemy, czas na naszych bohaterów, czyli Leię (dowódcę wyprawy), Luke'a (na etacie bohatera), droidy (ktoś tu musi pracować) i "klona" Lei (wina rysownika), czyli technika Micę Shabandar (do innych posług, niegodnych bohatera czy pani dowódcy). Nasi Reblianci stanowili część oddziału uderzeniowego, który postanowił wykraść Imperim najnowszy okręt, zwiadowczy krążownik "Staraker". I udaje się im, dzięki sabotażowi "niewidzialnej" i nieistotnej dla dzisiejszej opowieści części zespołu. Ale w drodze do domu na Yavin... Odebrali rozkaz od Jana Dodonny, aby sprawdzić co się właściwie stało na Alashy (tak nazywała się owa niegościnna planeta, pełna wulkanów i ognia, ale nie tak bardzo, jak o wiele późniejsza Mustafar). I tu...

Spotykają oczywiście siły Imperium w postaci nieśmiertelnego w owym czasie krążownika (tu także dowiadujemy się, że mimo podobnego wyglądu był mniejszy od niszczyciela) i owych "karzełków" z mikrymi skrzydełkami Tie. Tie dla "Starakera" nie stanowią problemu (nowego typu osłony, silne uzbrojenie, o wiele większa prędkość mimo gabarytów etc. etc.), ale krążownik... Na "szczęście" z planety pojawia się rozwiązanie w skali "Gwiazdy Śmierci", czyli tajemniczej wiązki energii, która rozpyla krążownik na atomy. Ale "Staraker" dla tajemniczego napastnika także okazuje się wrogi i... Wiadomo. Czeka nas klasyczne awaryjne lądowanie, ze wsparciem "nieśmiertelnego" Obi-Wana, ale tym w razem w jeziorku lawy. Mica jest ciężko ranna, brak zasilania, układy podtrzymania życia nie działają, a Luke odkrywa, że lawa ostygła i okręt jest uwięziony w skale...

"I'm starting to sound like Han Solo."

#2 The Word for World is Death Każdy by się załamał, ale nie nasi bohaterowie. Z jednej strony mieli co robić, trzeba było zoperować Micę, bez wsparcia medycznego ze strony automatów okrętu. Leia, w oparciu o wskazówki R2-D2 z jego przebogatej bazy medycznej (oczywiście), tłumaczonej "on line" przez C-3PO, kieruje Luke'iem i jego lightsaberem, który kieruje się z kolei Mocą, a wszystko w świetle latarek i w coraz gorszej, nie odświeżanej atmosferze pogrzebanego żywcem okrętu. I niech ktoś powie, że to się nie nadaje na film na przykład.

Ale wszystko "dobre" co się dobrze kończy. Po operacji należało wygrzebać się ze skał, a do tego znowu potrzebne jest narzędzie uniwersalne, czyli wspierany przez Moc i Luke'a lightsaber. I gdy wydawało się, że Luke nie da rady... W szczelinie pokazało się niebo, a jego twarz owiało o wiele świeższe powietrze. I można by tu skończyć, ale od czego inwencja autora. Na powierzchni także rozbili się imperialni komandosi (Imperial Commando (sic!)) z tych samych powodów, co nasi wspaniali Rebelianci. I rozpoczyna się akt kolejny...

Luke'a to może by i nie poznali, zresztą przedstawił się im jako Lars Dunestrider (jak odkrywczo), ale Leię to znali wszyscy. I wydało się, że to Rebele. Ale w obliczu wspólnego zagrożenia, bez możliwości opuszczenia planety, bez łączności z dowództwem... Major Wil'm Grau proponuje zawieszenie broni i wspólne odkrywanie rozwiązania kabały, w którą się wszyscy wpakowali. Oczywiście nie wszyscy są za... Jak na przykład podporucznik imperialnej marynarki Kyril Lopali (wiadomo dlaczego Kirył w roku 1980 w USA). I to też plus dla autora, bo można spodziewać się niespodzianki, albo "spodzianki" jak kto woli.

Wszyscy razem, ale bez droidów, które nie dałyby rady w górach i rannej Miccy, teraz na imperialnych prochach od sierżanta Imperium, udają się w kierunku bazy archeologów. I tu warto wspomnieć, że od przybycia na Alashę Luke czuje zakłócenia Mocy, coś złego, ale to coś także pozwala mu unikać kłopotów i zdradzieckich ataków oraz ratować przyjaciół czy towarzyszy broni. A w zrujnowanej bazie... Odkrywają, że naukowcy odnaleźli pod ziemią miasto i sztuczną barierę, którą właśnie mieli zamiar sforsować... Kolejny klasyk i wiemy czego się dalej spodziewać, mimo utraty łączności ze "Starakerem", Miccą i droidami. Czy czeka ich zagłada?

"Only one chance to do something unexpected and desperate."

#3 The Guardian of Forever" I dotarliśmy do finału, zresztą "najsłabszego" z całej opowieści, a to za sprawą tego, że... wszystko tu się wyjaśnia. Najpierw Leia doznaje olśnienia, że te hieroglify już gdzieś widziała, że kiedyś się o nich uczyła i... w końcu je odcyfrowuje. Potem poznajemy potwora, który, że nie dosyć, że jest inteligentny, nie do zabicia, ogromny, a jeszcze się teleportuje. A kończy się to klasycznie wielką rozrubą, gdzie nie wszyscy walczą po jednej stronie, a czasem przeciwko sobie, gdzie giną ludzie, gdzie trafiamy w ślepe zaułki i gdzie... Leia ratuje świat. Co znaczy klasyczne wykształcenie.

Jeszcze raz podkreślę, że to bardzo dobra opowieść (mimo rysunku). Fakt, spotkamy tu elementy znane już z innych opowieści (jak ten strażnik "opuszczonego" miasta na przykład), spotkamy nieśmiertelnego w owym czasie i obecnego w każdej powieści awanturniczej potwora (choć ja wolę jak potworem jest drugi człowiek, a nie King-Kong, choć dużą małpę też lubię). Ale cała reszta to "cud, miód i orzeszki". Walki w kosmosie , na lądzie i pod ziemią. Jeziorko lawy. Atak komanda na stocznię i walka o przetrwanie. Zawieszenie broni wobec wspólnego wroga i nieuchronnej śmierci. Podziemne miasto, tajemnica, prawie do samego końca. Tak to się robi w bardzo, bardzo odległej, jak i naszej galaktyce. A że forma nieco zwietrzała, to co? Więc jeśli będziecie mieli okazję i chęci, to polecam.

Droid
[08. 06. 2008]

Tytuł: World of Fire
Scenariusz: Chris Claremont
Rysunki: Carmine Infantino
Tusz: Gene Day
Okładka: Earl Norem
Wydanie I: Star Wars Weekly #107-115
Wydanie II: Marvel Illustrated Books Star Wars #2
Wydawca: UK Marvel marzec 1980, Marvel 1981


|przeczytaj inne recenzje|



Figurki Star Wars


This site is in no way sponsored or endorsed by: George Lucas, Lucasfilm Ltd., LucasArts Entertainment Co., or any affiliates.
Star Wars and all its characters are (C) and TM by Lucasfilm Ltd.
Website content (C) ICO Squad, 2001-2016