strona głównastrona głównaforum dyskusyjnesklep fanów star wars
 Czytelnia > Fan-Fiction > Trzy spotkania nasze bannery
 Główna
 News
 Wojny klonów
 Epizod II
 Epizod III
 Komiksy
 Figurki
 RPG
 Clone Wars
 Galeria
 Wallpapers
 Czytelnia
 Wywiady
 Humor
 Bank Wiedzy
 Spotlite
 StarCast
 Wassup?
 Polski Stuff
 Fan Films
 O stronie

 Koszulki
 Sklep Star Wars


Sklep Gwiezdne Wojny


    III miejsce w konkursie na fan-fiction

    Trzy spotkania
    by Aquarius

Dwa słońca Tatooine prażyły niemiłosiernie. Było południe. Nieliczni przechodnie snuli się apatycznie ciasnymi i zapiaszczonymi uliczkami, mijając równie nielicznych kupców z ich straganami, zbyt zrezygnowanych, by nawet próbować zachwalać towar. Rzadkie cieniste miejsca dawały jedynie złudę ochłody. Od jasnych ścian budynków żar buchał ze zdwojoną siłą. Na Tatooine było południe.

Temperatura powietrza nie stanowiła dla Zwika istotnej przeszkody. Co prawda powietrze drgało, tworzyło miraże, zakłócało widzenie przestrzeni i wyczucie odległości. Lecz Zwik miał też inne zmysły. Był robotem zabójcą. Jedyne co mu przeszkadzało naprawdę, to brak uzbrojenia. Zostawił je na pokładzie swojego statku, przemyślnie w połowie zakopanego w piachu na obrzeżach miasta. Dzięki temu, a także dzięki wyjątkowej kolekcji manipulatorów osadzonych na beczkowatym korpusie unoszącym się nad gruntem na pławach antygrawitacyjnych, wyglądał jak średnio rozgarnięty automat naprawczy wysłany w jakiejś misji przez swego pana.

Sunął już jakiś czas uliczkami miasta. W tym czasie jego mózg dokonywał bezustannie aktualizacji planów i analiz taktycznych. Bo miał naprawdę misję. Ale nie od pana, lecz od klienta. Zwik dawno już uzyskał pełną swobodę. Tak samo jak reputację jednego z najlepszych łowców. Na reputację zaś zapracował. Starannie zapracował.
- Robocie ZW-24, zwanym również Zwik, aresztuję cię w imieniu Imperium - nieoczekiwanie rozległ się metaliczny głos. - Jesteś otoczony, nie próbuj żadnych sztuczek.
Głos! Modyfikowany jakimś transmiterem, lecz Zwik rozpoznałby go wszędzie. Gdyby był żywy, to odetchnąłby z ulgą, a tak niepotrzebne procedury alarmowe zostały dezaktywowane. A może to po prostu była robocia odmiana ulgi?
- Co ja słyszę? - powiedział Zwik, obracając się powoli. - Sam słynny Artus Mogtar raczył mnie aresztować, nie wspominając nic o prawach.
- Prawa? Dla puszki zepsutego smaru i pordzewiałych części? - stojący swobodnie w cieniu mężczyzna uśmiechał się szeroko, chowając kieszonkowy wokoder. - Czego to Jawowie ze złomu nie wypuszczą. Widocznie prawdziwe jest twierdzenie, że ewolucja maszyn jest odwrotnością żywej i przebiega ku niedostosowaniu.
- Ja też się cieszę ze spotkania. A tak skoro o ewolucji mowa, to czy to gustowne wdzianko mówi coś o ewolucji twoich finansów?
- Ach, mówisz o tym... - Mogtar pomachał szarym, wytartym i spłowiałym burnusem. - Niezłe, co? Pasuje do lokalnego kolorytu.
- Widzę, że w interesach - Zwik raczej stwierdził, niż zapytał.
- Ależ skąd. Turystycznie, rozumiesz. Piasek lubię i słońce, a tu... - powiódł ręką dokoła - pod dostatkiem.
- Ja również zwiedzam - Zwik także skłamał.

Zaległa cisza. Stali jeszcze przez chwilę. Wszystko już zostało powiedziane, co powinno i nawet trochę nadto. Ale stara znajomość miała swoją cenę. Cenę niemożności ukrycia zbyt wielu rzeczy. Jak to pomiędzy łowcami.

Pierwszy odszedł Mogtar. Burknął coś pod nosem na pożegnanie i ruszył w głąb pasażu handlowego. Zwik z podziwem patrzył jak wtopił się w tło. Zgarbiony, lekko powłócząc nogami szedł sobie w tym koszmarnym burnusie, od czasu do czasu rzucając jakieś słowo sprzedawcom. Stał się częścią Tatooine. Gdy wreszcie Zwik ruszył w swoją drogę zobaczył jeszcze, jak z wielką wprawą Mogtar targuje się przy jednym ze stoisk o cenę wędzonej żaby.



Od przybycia na Tatooine minęły już cztery tygodnie. Od spotkania z Mogtarem trzy. Zwik więcej go nie widział, lecz wiedział, że jego znajomy jeszcze nie wykonał zadania. Zbyt cicho było w mieście. Żadnego spektakularnego zniknięcia czy zamachu. W sumie tak było lepiej. Zwik miał własne zadanie, a atmosfera, jaka zwykle wybucha po kontrakcie łowcy, nie sprzyja zadaniom. Odczuwał jedynie lekkie obawy, że swoim kontraktem przeszkodzi Mogtarowi. "Ciekawe - pomyślał - czy możliwe są wyrzuty sumienia u robota?"
- No i proszę, kogo tu mamy? - zachrobotały kamienie i na niewielką półkę skalną zsunął się nie kto inny jak Mogtar. - Musimy uważać Zwik. Jak tak dalej pójdzie, to ludzie zaczną o nas plotkować.
- Nie rozumiem - Zwik tak zmodulował głos, aby nadać mu tony irytacji.
- No wiesz... - Mogtar puścił oko. - W zasadzie to nie mam nic przeciwko takim związkom, lecz z natury jestem heteroseksualny i taka reputacja mogłaby mi zaszkodzić.
- Twoje humanoidalne poczucie humoru do mnie nie trafia, więc się nie wysilaj. A nie rozumiem, co tutaj robisz.
Mogtar zignorował pytanie. Podpełzł do krawędzi półki skalnej i przez chwilę spoglądał w dół. Po chwili odsunął się pod skałę, zdjął z ramienia wyświechtaną torbę podróżną i wyciągnął z niej spory pakiet metalowych części błyszczących smarem i nowością. Następnie zaczął je z wielką wprawą składać. Przez ten cały czas Zwik stał nieruchomo nad człowiekiem, jak posąg cierpliwości.
- Piękne miejsce. Willa Garguta de Hutt o pięćset metrów niżej i dwa tysiące w poziomie - Mogtar zaczął mówić, a tymczasem zestaw części przemieniał się w doskonały model snajperski karabinka energetycznego. - Skała za nami ma stosunkowo wysokie tło promieniowania i spore wtrącenia metaliczne. Na dodatek ta góra to jedyne miejsce, skąd widać lądowisko. A nie inaczej jak dzisiaj nasz drogi huttański cel ma zamiar polecieć na inspekcje swoich dóbr. Co tam przygotowałeś?
- Ciężka rusznica ze wzmocnionym ładunkiem.
- Jak zwykle subtelnie.
- Wiatr dołem może znieść ładunek. Wolę mieć pewność.
- Z tego? - potrząsnął karabinkiem. - To jak? Po połowie większa kasa i walimy razem? Ja bezpośrednio w cel, a ty w skiffa. Narobimy takiej zadymy, że zanim się połapią wyniesiemy się z tej planety. Kto ma lepszą cenę za głowę?
- A jest alternatywa?
Pytanie Zwika zawisło w powietrzu. Mogtar przez chwilę patrzył na robota, nieznacznie poprawiając chwyt na karabinku. Zwik analizował sytuację. Był szybszy, precyzyjniejszy i miał większy kaliber broni. W zasadzie nie musiał nawet trafić. Ale po pierwsze taki wybuch pewnie nie uszedłby uwadze ochrony Garguta, a po drugie sam wybuch ładunku zrzuciłby go ze skały. Może by nawet przeżył upadek. Jeżeli natomiast nie zdąży, to krabinek w zasadzie nie powinien mu zaszkodzić. W zasadzie... Za dużo zmiennych. Za duże ryzyko. No i jeszcze tyle lat znajomości, wspólnych misji, konkurencji.
- Właściwie to jest - Mogtar przesadnie widocznym gestem zabezpieczył karabinek. - Domyślam się, że mamy różnych mocodawców, więc... - i znacząco zawiesił głos.
- Więc nie muszą nic wiedzieć - dokończył Zwik. - Poza tym, że zadanie wykonane.
- Właśnie. Mądra blaszanka.
- Znamy się na tyle długo, człowieku, żebym nie musiał ci przypominać, że nie lubię...
- Przestań nudzić - przerwał mu Mogtar. - Widzę jakiś ruch.
Zwik uniósł się delikatnie na antygrawie i przygotował rusznicę. Jego mnogość manipulatorów pomagała mu wykonać skomplikowaną procedurę załadowania broni, korekty celownika i wstępnego podgrzania w czasie krótszym niż pól sekundy. W tym samym czasie Mogtar przybrał klasyczną leżącą pozycję strzelecką.

W drzwiach willi pojawił się Garguta. Zatrzymał się na chwilę, zlustrował otoczenie, rozstawienie ochrony. Jego krótkie rączki śmiesznie opierały się o framugę, a palce nerwowo tańczyły. Po chwili wahania odepchnął się. Posuwistym, pełznącym ruchem przesuwał się w kierunku skiffa.

Zwikowi coś nie pasowało. Zmienił widmo na termiczne. Mimo blasku gorącego otoczenia dostrzegł ciemną sylwetkę Hutta. Zimną! Lecz zanim zdążył ostrzec partnera, ten oddał strzał. Pocisk idealnie precyzyjnie trafił Gargutę miedzy oczy i eksplodował w ciele. Zwik przełączył się na pasmo widzialne w samą porę, by zobaczyć jak głowa celu rozpada się na... setki mechanicznych części.

Czas stanął w miejscu. Zwik obrócił się w kierunku Mogtara. Ten popatrzył zdziwiony na robota. W tej chwili od strony willi zaczęły nadlatywać pociski energetyczne dużego kalibru. Idealnie wymierzone. Półka skalna eksplodowała wyładowaniami, ogniem i odłamkami. Podmuch rzucił Zwikiem jak dziecięcą zabawką. W powietrzu już zobaczył dziurawione kawałkami skał ciało Mogtara wylatujące parabolą w górę. A potem zaczął coraz szybciej spadać.

O dziwo, upadek nie wyłączył zasilania. W miarę miękka łacha piachu zamortyzowała uderzenie. Zwik połamał jedynie większość manipulatorów, nie działały dwa z czterech antygrawów, część elektroniki przesypywała się, brzęcząc w korpusie, gdy próbował przyjąć pionową postawę. Ale działał.

Wtedy go zobaczył. Na skraju małego zagajnika rachitycznych i suchych badyli stał Garguta de Hutt i basowo rechotał. Obok niego stał chyba cały dwór i usłużnie śmiał się wraz z panem. Zwik zobaczył jeszcze coś. Krwawy łachman będący kiedyś człowiekiem. Tuż przed cielskiem Hutta. A tamci rechotali. Niedługo. Zwik nie odpalił jeszcze ładunku w rusznicy.



Ekskluzywne hotele "Andre" na Coruscant były apoteozą dyskrecji. Były też dostępne jedynie nielicznym. Tym wystarczająco bogatym, by za absolutną dyskrecję płacić, i tym w wysokiej służbie imperialnej. Za nich płaciło Imperium. Możliwością działania hoteli. Tam też jeden z cichych i rozległych apartamentów wynajął admirał Zatapa.

A kiedy po tygodniu służba odważyła się w końcu wyważyć drzwi, znalazła martwe ciało admirała. Sekcja zwłok wykazała, że umierał w strasznych cierpieniach trzy dni. Pocięte organy wewnętrzne, knebel na ustach, mocne więzy na rękach i nogach. A do tego kroplówka z rozrzedzoną bactą w takim stopniu, że podtrzymywała życie, nie lecząc. Prywatne piekło profesjonalnie urządzone.

Oficjalny raport twierdził, jakoby admirał zmarł na ogólną niewydolność krążenia. Złośliwi chichotali coś o niemoralnych zabawach i niewydolności czegoś innego. Dobrze poinformowani szeptali o głębokich ranach ciętych i szarpanych. Złośliwi i dobrze poinformowani z kolei mówili, że to bzdura z tą niewydolnością, bowiem układ krążenia był tak wydolny, iż zachlapał całe pomieszczenie.

Jedynie garstka tych, którzy byli w apartamencie w czasie śledztwa wiedziała, że krew posłużyła mordercy do wykonania napisu na śnieżnobiałym suficie. I napis ten śnił im się potem w niejedną noc. Krwawe litery głosiły: "Zabił śmierci przyjaciela. Spotkał śmierć. Ta pokazała mu umieranie".

Aquarius

|więcej opowiadań|



Figurki Star Wars


This site is in no way sponsored or endorsed by: George Lucas, Lucasfilm Ltd., LucasArts Entertainment Co., or any affiliates.
Star Wars and all its characters are (C) and TM by Lucasfilm Ltd.
Website content (C) ICO Squad, 2001-2016