strona głównastrona głównaforum dyskusyjnesklep fanów star wars
 Czytelnia > Fan-Fiction > Pustynne spotkanie nasze bannery
 Główna
 News
 Wojny klonów
 Epizod II
 Epizod III
 Komiksy
 Figurki
 RPG
 Clone Wars
 Galeria
 Wallpapers
 Czytelnia
 Wywiady
 Humor
 Bank Wiedzy
 Spotlite
 StarCast
 Wassup?
 Polski Stuff
 Fan Films
 O stronie

 Koszulki
 Sklep Star Wars


Sklep Gwiezdne Wojny


    Pustynne spotkanie
    by Smoczy Jed

- Panie! Waść jest rycerz co w galaktyce porządku pilnujesz i dobro czynisz?- zapytał unoszący się przed Gerandem Toydarianin.
Gerand siedział w ciemnym kącie kantyny i liczył, liczył na to, że nikt go tu nie znajdzie. Chciał trochę odpocząć i po prostu napić się drinka. O tym, że spokoju nie będzie miał, wiedział już wcześniej. Farmerzy siedzący opodal niego, w tym i Toydarianin, wyglądali na podnieconych, machali rękami, mówili podniesionymi głosami i czasem, niestety, pokazywali sobie palcami jego postać siedzącą w cieniu. Tak, zgadza się - spokoju nie będzie miał...
- Nie - odpowiedział zgodnie z prawdą. Rycerzem nie był. A i z tym dobrem też różnie bywało.
Toydarianin nie dawał za wygraną. W ogóle się nie przejął odpowiedzią Geranda:
- Ale waćpan bestyje przeróżne zabijasz, gdy waść poproszony jest o to. Bronisz pan, dajmy na to, przed Rancorem okropecznym, jeśli ten zagraża komuś, na przykład cnej dziewicy. Szablę świetlną waść masz...
"Ano mam - pomyślał - i to w dodatku u pasa ja noszę. To mnie zapewne zdradziło..." Rozejrzał się po kantynie. Pełno tu było szumowin z całego kosmosu. Wszyscy się kryli przed wyrokami surowego prawa Republiki. Tu, pod dwoma słońcami, na Tatooine. A on tu był w pracy, ciężkiej i niewdzięcznej pracy. Ale pracować już skończył i teraz chciał wypocząć. Wykonał nieznaczny ruch ręką i powiedział:
- Coś ci się pomyliło.
- Wcale nie.
Ponowił ruch, tym razem wkładając weń więcej Mocy.
- Bierzesz mnie za kogoś innego.
- Wcale nie. Panie, jam jest farmer prosty, ale nie głupi. Toć wiem, żeś dzisiaj rano pod pałacem Cabby Hutta utłukł pustynną żabę olbrzymią, co Huttowi dwa dni nazad synka, Jabbę, wielce poraniła.
" Toydarianin - pomyślał Gerand - nie wymigam się, używając Mocy. Chłopki wiedziały, kogo do mnie posłać". Spojrzał w kierunku stolika, przy którym siedzieli farmerzy. Wszyscy gwałtownie odwrócili głowy udając, że o czymś innym gadają.
- Wiecie, że za tę, jak ją nazwaliście, żabę to ja trzy tysiące kredytów wziąłem? - rzekł Gerand - a za Rancora to biorę piętnaście tysięcy i to w dodatku za młodego.
Skrzydlaty spojrzał na niego, wcale nie zaskoczony:
- Ano, panie, wiem. I wiedząc, iście gotów jestem, by wam zapłacić dobrze, jeśli robotę swoją wykonacie, panie rycerzu.
- Rycerzem nie jestem, a co do roboty, to nie wiem, czy przyjmę. Mnie spieszno z tej piaskowej dziury wydostać się.
- Jak spieszno, to ja szybko powiem, w czym rzecz - Toydarianinowi zabłysły oczy.
- My, panie, tutaj farmy wodne prowadzimy...
- My? - przerwał Gerand, udając, że nie zauważa gapiących się na niego wyczekująco farmerów z niedalekiego stolika.
Toydarianin wskazał rzeczony stolik. Farmerzy z głupimi minami pomachali mu.
- Farmerzy z pobliskich farm, znaczy się. Bo my razem pospołu mamy dla waćpana robotę. Jakem mówił, farmerami wilgoci jesteśmy i wielki kłopot mamy. Wężownik pustynny rozzuchwalił się wielce i pod skraplacze nocą się podkrada, i wielkie szkody czyni. Wysysa on cały płyn z akumulatorów i nijak potem skraplaczom działać. A nadto, gdy ten oplata się wokół takowego skraplacza, cała wodę już zebraną chłonie przez skórę. Nam, panie, już nic tedy nie zostaje.

Gerand spojrzał na niego badawczo. "Wężownik Pustynny pod ochroną jest już od dawna, pomyślał, to może być prowokacja. Cabba może chce odzyskać swoje trzy tysiące? Gdybym podpadł władzy, ten może mi zaproponować pomoc. Żądając za nią zapewne ze cztery tysiące, a może nawet pięć". Gdyby nie to, że ma do czynienia z Toydarianinem, sprawdziłby, czy chłop nie kłamie. Musiałby pogadać z innym z farmerów. Ale jeszcze parę kredytów by się przydało. Wyremontowałby trochę swój statek...
- Miałem zamiar odlecieć jutro rano...
- A nam idzie by sprawę załatwić jak najszybciej. Dziś w nocy chociażby. Jutro rano zaś możesz waćpan odlecieć.
- Dużo was tam się tłoczy... - zrobił pauzę. - Dziewięć tysięcy.
Toydarianin zamyślił się. Po chwili bez słowa podleciał do swoich kompanów. Gdy wrócił, rzekł:
- Możemy dać siedem i pół. Panie, my więcej nie mamy...
"Albo jest świetnym aktorem, albo mówi prawdę - pomyślał Gerand. - A co tam, jeśli to prowokacja, to po prostu dam nogę."
- Niech wam będzie. Ale nie wiem, czy zdążę dzisiaj załatwić wasz problem. Co będzie, jeśli Wężownik się dziś w nocy nie zjawi?
- Toć to głupie zwierzę, instynktem się kieruje. Przyjdzie niechybnie, gdy głodny będzie.
- Znacie się, co? - uśmiechnął się parszywie Gerand.
- Trochę - odparł z głupawym uśmiechem farmer.



Wężownik zjawił się, a jakże. Tyle, że przy innym skraplaczu. Nie taki głupi, jak się mogło wydawać. Pobyt się przedłużył o jeden dzień. Pierwszej nocy działały tylko dwa skraplacze. Wężownik zjawił się przy tym drugim. Do nieczynnych nie poszedł. Dzisiaj będzie działał tylko jeden.

Przy pałacu Cabby były skały i Gerand mógł się ukryć. Tutaj jest otwarta pustynia - mógł się schować tylko za wydmą, kilkanaście metrów od urządzenia - tak, by go stwór nie zobaczył.

Było już ciemno. Położył się na stygnącym piasku. Skupił się i delikatnie musnął Mocą włącznik skraplacza. Z akademii właśnie za to go wyrzucili. Za lenistwo, za skłonności ku Ciemnej Stronie. Tej łatwiejszej i nęcącej. A Gerandowi wcale nie wydawała ona się nęcąca. Ot, po prostu nie zawsze chciało mu się podejść do stołu i wziąć kubek, szczególnie że ten mógł do niego przylecieć. Takich jak on w akademii Jedi nie chciano. Takich jak on było więcej. Stworzyli sobie własną akademię, po ukończeniu której wykorzystywali Moc, by zabijać różne krzywdzące ludzi stworzenia. Za odpowiednią opłatą, oczywiście. Robota była dobra. Każdy z nich sam był sobie panem i każdy sam dyktował ceny. Coś jak łowcy nagród. Tylko, że łowcy polowali na ludzi...

Jedi im nie przeszkadzali. Działali od niedawna i tylko na Dalekiej Rubieży. Gdyby Rada Jedi wiedziała, co robią wyrzuceni ze szkoły uczniowie, z pewnością by spróbowała ich zlikwidować. Zapewne motywując swoje czyny zbyt dużym wpływem Ciemnej Strony Mocy na umysły takich jak Gerand. Ale zarówno on, jak i jego kumple z branży, wyśmiewali takie poglądy. "Żeby być po Ciemnej Stronie trzeba tego chcieć" - tak uważali.

Potwór zjawił się nagle. Jakby się zmaterializował z mroku.

Gerand miał mało czasu. Reagował instynktownie. Poderwał się z piasku jak sprężyna. Włączył miecz i runął na Wężownika jak pędzący swoop. Bestia porzuciła skraplacz i zaatakowała go, kłapiąc pyskiem. Sprawa wydawała się prosta. Ciął krótko, z łokcia. Celował w nasadę głowy. Trafił. Ale świetlista klinga przeszła przez potwora, nie czyniąc mu szkody. Gerand nie zwalił się na ziemię tylko dlatego, że ustabilizował się Mocą. Przeleciał obok zielonego ogona. Wykorzystał impet lotu i odbił się od skraplacza. Wylądował na piasku z dala od potwora, który właśnie zwracał się ku niemu. Gerand doszedł do wniosku, że tradycyjnymi metodami nic nie wskóra. Zaczął się cofać. Wężownik sunął jak płomień. Wojownik skupił się. Zaszumiało mu w uszach. W stwora uderzył pęk niebieskich błyskawic. Efekt przeszedł wszelkie oczekiwania. Wężownik po prostu znikł.

Gerand jeszcze był lekko oszołomiony. Niełatwo jest stworzyć błyskawice Mocy. Siadając na piasku, usłyszał skrzekliwy śmiech. Dopiero po chwili zauważył jego właściciela. Był nim człowiek w czarnej tunice. Jego twarz osłaniał szczelnie nasunięty kaptur.
- Dobrze, dobrze - odezwał się skrzekliwie człowiek, nie przestając się śmiać. - Wiesz jak efektywnie korzystać z mocy.
- Kim jesteś?
- Podobała ci się moja iluzja? Nie jakiś tam hologram, ale prawdziwa Iluzja Mocy.
- Jesteś Lordem Sith... - powiedział Gerand, łapiąc wszystko w lot. - Chciałeś mnie tu zwabić. Chłopi są na twoich usługach.
- Nie rozśmieszaj mnie. Oni są na usługach tego barana, Hutta. To była prowokacja, by od ciebie wyłudzić z powrotem jego pieniądze.
- Ale ty tu na mnie czekałeś. To ty mnie tu zwabiłeś, nie Hutt.
- Hutta też można wykorzystać. Niekoniecznie zapraszając go do współpracy. Nie zdziwiło cię, że tak spokojne zwierzę zaatakowało małego Jabbę?
- Zdziwiło. Manipulacja?
- A jakże - Gerand uśmiechu nie widział, czuł go. - To, że akurat byłeś w okolicy, to też nie przypadek.
- Po co?
- Wiesz. Dobrze wiesz, po co. Dobrze posługujesz się Mocą. I umiesz władać Ciemną Stroną. Nie każdy umie stworzyć błyskawice Mocy. Chodź ze mną. Bądź moim uczniem. Razem będziemy rządzić tą galaktyką...
- Mnie Ciemna Strona nie rusza. Nie jestem zainteresowany. Nie mam zamiaru mieszać się w porachunki Sithów i Jedi. To nie moja sprawa. Zamierzam, wstaw sobie, być neutralny.
- Jeśli tak myślisz, to mylisz niebo z gwiazdami odbitymi na powierzchni stawu, Gerand. Nie uciekniesz przed Ciemną Stroną. Jesteś dla niej stworzony. Od dawna cię obserwuję i wiem jaki jesteś. Uwierz mi, byłem kiedyś taki sam. Ty jesteś stworzony dla Ciemnej Strony.

Grand popatrzył na Sitha. Zawsze chciał być dobrym człowiekiem. Ale po tym, jak go wyrzucili z akademii, coś w nim pękło. Wszystko było mu już obojętne. To, co mówił przed chwilą, to były tylko pozory. Tak naprawdę to szukał dobrej okazji, by coś zmienić w życiu. Tułaczka po rubieżach bardzo temu sprzyjała.
- Jeszcze się zastanowię - powiedział Gerand i ruszył w drogę na swój statek uważając, że już nie mają o czym gadać.

Gdy odchodził, czuł na swoich plecach szeroki i nieprzyjemny uśmiech Sitha.

Smoczy Jed

|więcej opowiadań|



Figurki Star Wars


This site is in no way sponsored or endorsed by: George Lucas, Lucasfilm Ltd., LucasArts Entertainment Co., or any affiliates.
Star Wars and all its characters are (C) and TM by Lucasfilm Ltd.
Website content (C) ICO Squad, 2001-2016